– Z powrotem pójdziesz sobie na piechotę, stary hitlerowcu.

Taksówka zatańczyła na śliskiej jezdni i odjechała, pogardliwie zarzucając tyłem w kontrolowanych poślizgach. Kierowca odkręcił szybę – Chuck Berry zaśpiewał pełnym głosem w cichej uliczce.

Mężczyzna powoli wszedł po schodkach na niewielki ganek, obtupał oklejone śniegiem buty i nacisnął przycisk dzwonka. Otworzono mu prawie natychmiast. W drzwiach stał młody ksiądz w grubych rogowych okularach. Nosił fryzurę a la Chuck Berry.

– Pan Herbert Anwaldt? – zapytał ksiądz.

– Dobry wieczór. To ja – Anwaldt wysapał zirytowany, śledząc wzrokiem skręcającą za rogiem taksówkę. – Czym ja teraz wrócę do domu?

– Ksiądz Tony Cupaiuolo z parafii św. Stanisława – przedstawił się Chuck Berry. – To ja do pana telefonowałem. Proszę wejść.

Znajomy trzask zamka, znajomy, wypełniony książkami salon i lampa z zielonym abażurem. Brakowało jedynie znajomego zapachu cygar i znajomego gospodarza tego domu. Oto zamiast niego zakłopotany ksiądz Cupaiuolo wieszał koło drzwi wejściowych przemoczony płaszcz i kapelusz Anwaldta, strząsając niezdarnie z parasola lepkie plwociny śniegu. Zamiast zapachu kubańskich cygar nozdrza Anwaldta wciągnęły ostrą woń medykamentów, żałosny smród kloaki, przenikliwy zapach śmierci.

– Pański przyjaciel jest umierający – stwierdził ksiądz.

Anwaldt wziął potężny haust nikotynowego dymu. Z sypialni na piętrze wyszła młoda pielęgniarka. Z widoczną odrazą trzymała w dłoniach emaliowane pojemniki wypełnione przed chwilą przez chorego. Spojrzała na Anwaldta. Natychmiast uzyskał pewność, że darzy go taką samą sympatią jak niesiony przez siebie basen.

– Proszę tu nie palić – szczere oburzenie omal nie rozerwało guzików jej mocno opiętego na piersiach fartucha. Anwaldt, licząc właśnie na taki efekt, zaciągnął się jeszcze mocniej.



2 из 264