
Albert strzepnął ściereczkę do polerowania i zsunął Śmierci kaptur.
ALBERCIE.
— Słucham.
Śmierć wyjął małą złotą klepsydrę.
WIDZISZ TO?
— Tak, proszę pana. Bardzo ładna. Jeszcze takiej nie widziałem.
Czyja to?
MOJA.
Albert zerknął w bok. Na rogu blatu stała duża klepsydra w czarnej ramie. W środku nie było piasku.
— Myślałem, że tamta jest pańska — powiedział.
BYŁA. A TERAZ MAM TĘ. TO PREZENT POŻEGNALNY. OD SAMEGO AZRAELA.
Albert przyjrzał się klepsydrze w dłoni Śmierci.
— Ale… ten piasek, proszę pana. On się przesypuje.
W SAMEJ RZECZY.
— Ale to znaczy… Chciałem powiedzieć…
TO ZNACZY, ALBERCIE, ŻE PEWNEGO DNIA PRZESYPIE SIĘ CAŁY.
— Wiem, proszę pana, ale… ale pan… Myślałem, że Czas to coś, co zdarza się innym. Tak jest, prawda? Nie panu. Pod koniec głos Alberta przybrał błagalny ton. Śmierć ściągnął ręcznik i wstał.
CHODŹ ZE MNĄ.
— Przecież jesteś Śmiercią, panie… — mamrotał Albert, biegnąc za nim nerwowo.
Przeszli korytarz, minęli ogród i weszli do stajni.
— Czy to może jakiś żart? — dodał z nadzieją.
RACZEJ NIE JESTEM ZNANY Z POCZUCIA HUMORU.
— Nie, oczywiście, że nie. Nie chciałem pana urazić. Ale przecież nie może pan umrzeć, bo jest pan Śmiercią, musiałby pan sam się sobie przydarzyć, to by było jak z tym wężem, który pożera własny ogon…
MIMO TO BĘDĘ MUSIAŁ UMRZEĆ. NIE MA ODWOŁANIA.
— Ale co będzie ze mną? — spytał Albert. Groza zamigotała mu w oczach niby płatki metalu na ostrzu noża.
POJAWI SIĘ NOWY ŚMIERĆ.
Albert wyprostował się.
— Szczerze mówiąc, nie sądzę, żebym potrafił służyć innemu panu — oznajmił.
W TAKIM RAZIE WRACAJ DO ŚWIATA. DAM CI PIENIĄDZE. BYŁEŚ DOBRYM SŁUGĄ, ALBERCIE.
— Ale jeśli wrócę…
