
— Aha… Więc go zobaczysz, panie?
OCH, OCZYWIŚCIE. A TERAZ MUSZĘ JUŻ JECHAĆ.
— Jak to? Tak szybko?
NATURALNIE. NIE CHCĘ MARNOWAĆ CZASU! Śmierć poprawił siodło, po czym odwrócił się i z dumą podsunął Albertowi pod nos maleńką klepsydrę.
POPATRZ! MAM CZAS! NARESZCIE MAM CZAS!
Albert cofnął się nerwowo.
— A teraz, kiedy już go pan ma, co pan z nim zrobi? — zapytał. Śmierć dosiadł konia.
ZAMIERZAM GO SPĘDZIĆ.
Impreza trwała w najlepsze. Transparent z napisem „Żegnaj, Windle, po 130 Wspaniałych Latach” obwisł trochę od gorąca. Sytuacja osiągnęła ten stan, kiedy niczego już nie ma do picia oprócz ponczu i niczego do jedzenia oprócz dziwnego żółtego sosu i mocno podejrzanych tortilli, ale nikomu to nie przeszkadza. Magowie plotkowali ze sobą z wymuszoną wesołością ludzi, którzy widzieli się nawzajem przez cały dzień, a teraz widzą się nawzajem przez cały wieczór.
A pośród całego zamieszania siedział Windle Poons z wielką szklanicą rumu i w śmiesznym kapelusiku na głowie. W oczach miał łzy wzruszenia.
— Prawdziwe Przyjęcie Pożegnalne — mruczał do siebie. — Nie urządzaliśmy takich od czasu, kiedy Odszedł stary „Drapacz” Dziętopur. — Wielkie litery bez wysiłku wskakiwały na miejsca. — To było, mmm, w Roku Przerażającego, mmm, Morświna. Myślałem, że wszyscy już o nich zapomnieli.
— Bibliotekarz sprawdził dla nas szczegóły — wyjaśnił kwestor, wskazując dużego orangutana, który usiłował dmuchać w piszczałkę. — Przygotował też sos bananowy. Mam nadzieję, że ktoś zje go szybko.
Pochylił się.
— Nałożyć ci jeszcze trochę sałatki ziemniaczanej? — zaproponował donośnie i wyraźnie głosem, jakiego używa się zwykle do rozmów z imbecylami i ludźmi starymi.
Windle przysunął dłoń do ucha.
— Co? Co?
— Jeszcze! Sałatki! Windle?
— Nie, dziękuję.
— To może kiełbaskę?
