
Konstelacja zielonych światełek na tablicy kontrolnej była widomym symbolem bezpieczeństwa. Dopóki ich wzór nie ulega zmianie, dopóki żadna z tych szmaragdowych gwiazdek nie rozbłyśnie na czerwono, Don i jego mała łódeczka są bezpieczni. Powietrze, paliwo, energia — od tych trzech elementów zależało jego życie. Jeśli zabraknie choć jednego z nich, głębina pochłonie go wraz z jego stalową trumną, jak pochłonęła dwa lata temu Johna Tyndalla. Na razie nie było jednak żadnych powodów do obaw, a poza tym Don uspokajał się myślą, że wypadki, które się przewiduje, nigdy się nie zdarzają.
Pochylił się nad małą tablicą kontrolną i przemówił do mikrofonu. Jego piątka była jeszcze na tyle blisko statku bazy, że łączność radiowa była możliwa; wkrótce będzie musiał przejść na ultradźwięki.
— Kurs dwieście dwadzieścia pięć, szybkość pięćdziesiąt węzłów, głębokość dwadzieścia sążni. Stacja hydroakustyczna nastawiona na obserwację okrężną. Przypuszczalne dotarcie do wyznaczonej strefy — czterdzieści minut. Do czasu wykrycia celu będę się zgłaszał co dziesięć minut. Przechodzę na odbiór.
Potwierdzenie z „Rorquala” było ledwie słyszalne i Don wyłączył radio. Należało się rozejrzeć.
Przygasił światła w kabinie, żeby lepiej widzieć ekrany, włożył polaryzujące okulary i zajrzał w otaczające go głębiny. Upłynęło kilka sekund, zanim dwa obrazy zlały się w jego mózgu w jeden trójwymiarowy.
W takich chwilach Don czuł się bogiem, sprawującym władzę nad dwudziestomilowym obszarem oceanu i przenikającym wzrokiem prawie jeszcze nie zbadane głębie o dwa tysiące sążni pod sobą.
