
Mieli za sobą dwa tygodnie wspólnej ciężkiej pracy, kiedy Don po raz pierwszy wziął Franklina pod wodę. Do tego czasu ustaliły się ich wzajemne stosunki: były przyjazne, a jednocześnie chłodne. Poufałość ograniczała się do tego, że mówili do siebie „Don” i „Walt”. Burley nadal nie wiedział nic o przeszłości Franklina, chociaż ukuł sobie na własny użytek kilka teorii. Najbardziej skłaniał się ku hipotezie, że jego uczeń jest wyjątkowo uzdolnionym kryminalistą, który został całkowicie wyleczony i teraz przechodzi rehabilitacje. Zastanawiał się nawet, czy Franklin mógł być mordercą, co było intrygującym przypuszczeniem, i żywił cichą nadzieję, że ta właśnie hipoteza jest prawdziwa.
Franklin nie zachowywał się już tak dziwnie, jak podczas pierwszego spotkania, chociaż niewątpliwie widać po nim było zwiększone napięcie nerwowe. Ponieważ jednak zdarzało się to nawet najlepszym inspektorom, Don nie przejmował się tym zbytnio. Jego zaciekawienie przeszłością Franklina również nieco zmalało, gdyż miał zbyt wiele zajęć, aby o tym myśleć. Życie nauczyło go cierpliwości, a nie wątpił, że prędzej czy później dowie się całej prawdy. Był prawie pewien, że raz czy dwa Franklin szykował się, aby mu coś wyznać, lecz cofnął się w ostatniej chwili. W obu wypadkach Don udawał, że nic nie zauważył, i nadal utrzymywali we wzajemnych stosunkach z góry ustalony bezosobowy ton.
Był piękny poranek i tylko lekka fala poruszała powierzchnię oceanu, kiedy weszli na wąskie molo, sięgające aż do skraju rafy. Był przypływ i cała rafa znajdowała się pod woda, której głębokość nie przekraczała jednak pięciu — sześciu stóp, tak że widać było każdy szczegół dna. Franklin i Burley zaledwie raczyli spojrzeć na to naturalne akwarium, nad którym przechodzili. Był to dla nich zbyt dobrze znany widok; poza tym wiedzieli, że prawdziwe piękno i cuda raf koralowych kryją się w głębszych wodach, dalej w morzu.
