
— Geralt…
— To był tylko sen. Zły sen.
Ciri zadrżała silnie, kurcząc ramiona i nogi.
Sen. Tylko sen.
Ognisko zdążyło już przygasnąć, brzozowe polana są czerwone i przezroczyste, potrzaskują, tryskają błękitnym płomieniem. Płomień oświetla białe włosy i ostry profil mężczyzny, który otula ją derką i kożuchem.
— Geralt, ja…
— Jestem przy tobie. Śpij, Ciri. Musisz wypocząć. Przed nami jeszcze daleka droga.
Słyszę muzykę, pomyślała nagle. W tym szumie… jest muzyka. Muzyka lutni. I głosy. Księżniczka z Cintry… Dziecko przeznaczenia… Dziecko Starszej Krwi, krwi elfów. Geralt z Rivii, Biały Wilk, i jego przeznaczenie. Nie, nie, to legenda. Wymysł poety. Ona nie żyje. Zabito ją na ulicach miasta, gdy uchodziła…
Trzymaj się… Trzymaj…
— Geralt?
— Co, Ciri?
— Co on mi zrobił? Co się wtedy stało? Co on… mi zrobił?
— Kto?
— Rycerz… Czarny rycerz z piórami na hełmie… Niczego nie pamiętam. On krzyczał… i patrzył na mnie. Nie pamiętam, co się stało. Tylko to, że się bałam… Tak strasznie się bałam…
Mężczyzna pochylił się, płomień ogniska zalśnił w jego oczach. To były dziwne oczy. Bardzo dziwne. Dawniej Ciri lękała się tych oczu, nie lubiła w nie patrzeć. Ale to było dawno. Bardzo dawno.
— Niczego nie pamiętam — szepnęła, szukając jego ręki, twardej i szorstkiej jak nie obrobione drewno. - Ten czarny rycerz…
— To był sen. Spij spokojnie. To już nie wróci.
Ciri słyszała już podobne zapewnienia, dawniej. Powtarzano jej to po wielokroć, wiele, wiele razy uspakajano ją, zbudzoną wśród nocy własnym krzykiem. Ale teraz było inaczej. Teraz wierzyła. Dlatego, że teraz mówił to Geralt z Rivii, Biały Wilk. Wiedźmin. Ten, który był jej przeznaczeniem. Któremu ona była przeznaczona. Wiedźmin Geralt, który odnalazł ją wśród wojny, śmierci i rozpaczy, zabrał ze sobą i obiecał, że już nigdy się nie rozstaną.
