
— Ja, Donimir z Troy — krzyknął chudy rycerz z trzema lwami na wamsie — byłem w obu bitwach o Sodden, alem was tam nie widział, panie krasnoludzie!
— Boście pewnikiem taborów pilnowali! — odpalił Sheldon Skaggs. - A ja byłem w pierwszej linii, tam, gdzie było gorąco!
— Bacz, co mówisz, brodaczu! — poczerwieniał Donimir z Troy, podciągając obciążony mieczem pas rycerski. - I do kogo!
— Sam bacz! — krasnolud trzepnął dłonią po zatkniętym za pas toporze, odwrócił się do swych kompanów i wyszczerzył zęby. - Widzieliście go? Rycerz chędożony! Herbowy! Trzy lwy w tarczy! Dwa srają, a trzeci warczy!
— Pokój, pokój! — siwowłosy druid w białej szacie ostrym, władczym głosem zażegnał awanturę. - Nie godzi się, moi panowie! Nie tu, nie pod konarami Bleobherisa, dębu starszego od wszystkich sporów i zwad tego świata! I nie w przytomności poety Jaskra, którego ballady winny uczyć nas miłości, nie kłótni.
— Słusznie! — poparł druida niski, otyły kapłan o twarzy błyszczącej od potu. - Patrzycie, a oczu nie macie, słuchacie, a uszy wasze głuche. Bo miłości bożej nie ma w was, boście są jako puste beczki…
— Jeśli już o beczkach mowa — zapiszczał długonosy gnom z wozu ozdobionego napisem "Artykuły żelazne, wyrób i sprzedaż" — to wytoczcie jeszcze jedną, panowie cechowi! Poecie Jaskrowi ani chybi w gardle zaschło, a i nam z tego wzruszenia niezgorzej!
— Zaprawdę, jako puste beczki, powiadam wam! — zagłuszył gnoma kapłan, nie zamierzając dać się zbić z pantałyku i przerywać kazania.
