
GLORIA: — A cóż on może odpisać?
SYLWIA: — Może mi napisać o prawdziwym ludzkim cierpieniu, o ludziach, którzy nie mają co do garnka włożyć, tak biednych, że nigdy w życiu nie byli u lekarza. I cóż wobec tego znaczę ja — z całą pomocą, jakiej doznałam, czułą troską, jaką jestem otoczona, i najnowszymi zdobyczami nauki, z których korzystam.
Przebitka na korytarz przed pokojem Sylwii. Na drzwiach widać napis: TUTAJ WCHODŹ ZAWSZE Z UŚMIECHEM! Frankenstein i Little mają właśnie wejść.
LITTLE: — Ona tam jest?
FRANKENSTEIN: — Te jej części, których nie ma na dole.
LITTLE: — Mam nadzieję, że wszyscy przestrzegają tego polecenia.
FRANKENSTEIN: — To należy do terapii. Leczymy całego pacjenta.
GLORIA wychodzi z pokoju, starannie zamyka za sobą drzwi i wybucha głośnym płaczem.
FRANKENSTEIN (do Glorii z niesmakiem): — Jakżeż to można tak głośno płakać? Co się znów stało?
GLORIA: — Doktorze Frankenstein, niech pan jej pozwoli umrzeć. Na miłość boską, niech pan jej pozwoli umrzeć!
LITTLE: — Czy to jest jej pielęgniarka?
FRANKENSTEIN: — Jest za głupia na to, żeby być pielęgniarką! Zasmarkana kosmetyczka. Dostaje sto dolarów tygodniowo za to, że dba o twarz i włosy pacjentki. — (Do Glorii): — Przegrałaś, złotko. Masz tę posadkę z głowy.
GLORIA: — Co?
FRANKENSTEIN: — Bierz swój czek i zjeżdżaj!
GLORIA: — Jestem jej najbliższą przyjaciółką.
FRANKENSTEIN: — Napisz do niej parę słów.
GLORIA: — Jestem jej jedyną przyjaciółką.
FRANKENSTEIN: — Ładna przyjaciółka! Dopiero co prosiłaś mnie, żebym ją zabił.
GLORIA: — Owszem, w imię miłosierdzia.
FRANKENSTEIN: — Taka jesteś pewna, że istnieje niebo? Chcesz ją tam jak najprędzej posłać, po skrzydełka i harfę pewnie, co?
