
SYLWIA: — Kto tam?
LITTLE: — Przyjaciel. Ktoś, do kogo pani napisała list.
SYLWIA: — To może być każdy. Chciałabym pana zobaczyć. — (Little pokazuje się jej. Sylwia ogląda go od stóp do głów z rosnącą sympatią.) — Doktor Little, lekarz domowy z Vermont.
LITTLE (kłaniając się lekko): — Jak pani zdrowie, pani Lovejoy?
SYLWIA: — Czy przywiózł mi pan cyjanek potasu?
LITTLE: — Nie.
SYLWIA: — I tak bym go dziś nie wzięła. Taki cudowny dzień. Nie chciałabym go stracić, ani jutra. Czy przyjechał pan na białym koniu?
LITTLE: — Niebieskim Oldsmobilem.
SYLWIA: — A co z pana pacjentami, którzy tak pana kochają i potrzebują?
LITTLE: — Zastępuje mnie inny lekarz. Ja mam tydzień urlopu.
SYLWIA: — Ale nie z mojego powodu?
LITTLE: — Nie.
SYLWIA: — Bo ja miewam się bardzo dobrze. Widzi pan, w jakich cudownych jestem rękach.
LITTLE: — Właśnie.
SYLWIA: — Co jak co, ale drugi lekarz naprawdę mi nie jest potrzebny.
LITTLE: — Jasne.
Cisza.
SYLWIA: — Ale chciałabym mieć kogoś, z kim mogłabym porozmawiać o śmierci. Pan pewnie widział niejedną śmierć, prawda?
LITTLE: — Owszem.
SYLWIA: — I dla niektórych była ona błogosławieństwem?
LITTLE: — Przynajmniej tak mówili.
SYLWIA: — Ale pan sam tak nie mówi?
LITTLE: — Z zawodowego punktu widzenia biorąc, lekarz nie powinien tak mówić.
SYLWIA: — A dlaczego ludzie utrzymują czasem, że śmierć jest błogosławieństwem?
LITTLE: — Ponieważ cierpią i nie można im pomóc za żadne pieniądze, przynajmniej im dostępne. Albo są upośledzeni umysłowo. Brak im piątej klepki, której nie mogą odzyskać.
SYLWIA: — Za żadne pieniądze.
LITTLE: — O ile wiem, nie ma w tej chwili możliwości wyżebrania, pożyczenia czy ukradzenia sztucznego mózgu dla kogoś, kto go stracił. Gdybym zapytał o to doktora Frankensteina, powiedziałby mi na pewno, że to sprawa niedalekiej przyszłości.
