
FRANKENSTEIN (Do Glorii): — Widzisz, coś najlepszego narobiła? — (Do mikrofonu): — No, gdzie są do diabła te środki uspokajające?
SWIFT: — Już powinny zacząć działać.
SYLWIA: — A zresztą to nie ma znaczenia. — (Podczas gdy Frankenstein bada jej oczy): — To jednak oczy, prawda?
FRANKENSTEIN: — Ani oczy, ani nic innego.
SYLWIA: — Łatwo przyszły, łatwo pójdą.
FRANKENSTEIN: — Jesteś zdrowa jak byk.
SYLWIA: — Z pewnością ktoś produkuje świetne oczy.
FRANKENSTEIN: — RCA robi wspaniałe oczy, ale jak na razie nie ma powodu kupować. — (Wycofuje się zadowolony) — Wszystko jest w porządku. — (Do Glorii): — Twoje szczęście.
SYLWIA: — Cieszę się, kiedy moim przyjaciołom się szczęści.
SWIFT: — Można ją już uśpić z powrotem?
FRANKENSTEIN: — Jeszcze nie. Muszę tam na dole sprawdzić parę rzeczy.
SWIFT: — Dobra. Wyłączam się.
Przebitka na wchodzących kilka minut później do pokoju na dole Little’a, Glorię i Frankensteina. Swift siedzi za pulpitem sterowniczym.
SWIFT: — Nocna zmiana się spóźnia.
FRANKENSTEIN: — On ma kłopoty w domu. Posłuchaj mojej rady, chłopcze. Nigdy się nie żeń. (Obserwuje licznik po liczniku).
GLORIA (Przerażona tym, co ją otacza): — Boże… Boże…
LITTLE: — Nigdy przedtem pani tego nie widziała?
GLORIA: — Nie.
FRANKENSTEIN: — Ona była wielką specjalistką od włosów. Odjęliśmy pacjentce wszystko, prócz włosów. — (Jest zaskoczony odczytem licznika) — A to co znowu? — (Wali w licznik, który tym razem wskazuje właściwie) — No, to już co innego.
GLORIA (Beznadziejnie): — Nauka…
FRANKENSTEIN: — A co tyś sobie wyobrażała, że tu zastaniesz?
GLORIA: — Bałam się nawet pomyśleć. Teraz rozumiem, dlaczego.
FRANKENSTEIN: — A czy ty w ogóle masz jakiekolwiek naukowe przygotowanie, czy w minimalnym choćby stopniu potrafisz pojąć to, co tu widzisz?
