
SYLWIA: — Gloria…
GLORIA: — Słucham panią?
SYLWIA: — Wytrzyj te łzy, zanim ktoś wejdzie i je zobaczy.
GLORIA (sama bliska płaczu): — Dobrze, proszę pani. (Wyciera łzy chusteczką ligninową i sprawdza, jaki jest tego efekt). — No już, już.
SYLWIA: — Zupełnie nie wiem, co mi się stało. Nagle zrobiło mi się tak smutno, że nie mogłam się powstrzymać.
GLORIA: — Każdy musi czasami popłakać.
SYLWIA: — Już mi to przechodzi. Czybyś powiedziała, że dopiero co płakałam?
GLORIA: — Ależ skąd! — (Nie jest w stanie już dłużej panować nad własnymi łzami. Idzie do okna, żeby Sylwia nie widziała, że płacze. Kamera cofa się ukazując klinicznie schludną ohydę głowy, przewodów i rurek. Głowa wsparta jest na trójnogu. W miejscu, w którym powinna być klatka piersiowa, zwisa czarna skrzynka z migającymi kolorowymi światełkami. W zasięgu rąk stoi stolik, a na nim papier, pióro, częściowo rozwiązana krzyżówka i pękaty woreczek z robótką. Z woreczka wystają druty i nie dokończony sweter. Nad głową Sylwii wisi mikrofon).
SYLWIA (wzdychając): — Myślisz sobie na pewno, że jestem stara idiotka. — (Gloria, niezdolna dobyć głosu, potrząsa głową). — Gloria, ty jesteś?
GLORIA: — Jestem.
SYLWIA: — Czy coś się stało?
GLORIA: — Nie.
SYLWIA: — Jesteś moim prawdziwym przyjacielem, Glorio. Chcę, żebyś wiedziała, że czuję to całym sercem. Jestem do ciebie głęboko przywiązana.
GLORIA: — Ja panią też bardzo lubię.
SYLWIA: — Gdybyś kiedykolwiek miała kłopoty, w których mogłabym ci pomóc, mam nadzieję, że mi powiesz.
GLORIA: — Oczywiście, że powiem.
HOWARD DERBY, szpitalny listonosz, wkracza ze stertą listów. Jest to trochę stuknięty stary wesołek.
DERBY: — Listonosz! Listonosz!
SYLWIA (rozpromienia się): — Listonosz! Dzięki Bogu.
