
— I chciałby pan również wynająć dwóch naszych inżynierów?
— Tak, na te trzy miesiące, w ciągu których powinien być zrealizowany cały projekt.
— Nie wątpię, że personalny to załatwi. - Dr Wagner zapisał coś w notatniku na biurku. - Są jeszcze dwie sprawy…
Zanim skończył zdanie, lama dobył niewielki kawałek papieru. - Tu jest czek do realizacji z naszego konta w Banku Azjatyckim.
— Dziękuję. Wygląda na to, że stanowi… tego… zupełny ekwiwalent. Druga sprawa jest tak trywialna, że aż się wahałem, czy o niej wspominać. Ale, wie pan, to aż dziwne, jak często rzeczy oczywiste uchodzą naszej uwagi. Jakie macie źródło energii elektrycznej?
— Generator Diesla. Daje moc pięćdziesięciu kilowatów przy napięciu stu dziesięciu woltów. Zainstalowano go jakieś pięć lat temu i pracuje zupełnie niezawodnie. Uczynił klasztorne życie o wiele przyjemniejszym — ale oczywiście zainstalowano go przede wszystkim z myślą o zasilaniu silników, napędzających młynki modlitewne.
— Oczywiście — przytaknął skwapliwie Wagner. - Powinienem był od razu o tym pomyśleć.
Widok ze skalnej terasy przyprawiał o zawrót głowy. Ale po jakimś czasie można się przyzwyczaić do wszystkiego. Po trzech miesiącach nie robiły już na Hanleyu wrażenia ani wiodące w otchłań półkilometrowe przepaści, ani odległe szachownice pól w dolinie. Przechylił się przez poręcz ku wypolerowanym przez wiatr głazom i ponuro wpatrywał się w szczyty gór; nigdy nie zadał sobie nawet trudu, by poznać ich nazwy.
„To jest najbardziej zwariowana historia — pomyślał — w jakiej kiedykolwiek brałem udział”. „Projekt Shrangrila” — jak to ktoś ochrzcił w laboratoriach. Od tygodni już wypluwał „Mark” hektary papieru, pokrytego tym dziwacznym szwargotem. Cierpliwie, uparcie przegrupowywał litery i zestawiał je we wszelkie możliwe kombinacje, wyczerpując każdą klasę przed przystąpieniem do następnej. Ponieważ wstęgi papieru nieprzerwanie wynurzały się z elektrycznych maszyn do pisania, mnisi pieczołowicie przycinali je i składali w olbrzymie księgi.
