
— Mają nasze geny. Powinny nas dopingować, żebyśmy zachowali sprawność do dwustu lat.
— Ja skończyłam już trzy tysiące.
— Kiedy mogę cię oczekiwać w mojej kajucie, o Pradawna?
— Jak tylko wyślę ten esej.
— A to nastąpi?
— Jak już sobie pójdziesz i zostawisz mnie samą.
Z głośnym westchnieniem, raczej teatralnym niż szczerym, Jakt poczłapał po dywanie korytarza. Po chwili rozległ się głośny stuk i krzyk bólu. To był żart, oczywiście; pierwszego dnia lotu Jakt przypadkiem zaczepił głową o metalową wręgę, ale od tego czasu wszystkie takie zderzenia były umyślne, wykonywane dla dowcipu. Oczywiście, nikt nie śmiał się głośno — rodzinna tradycja nakazywała powagę, gdy Jakt próbował swych sztuczek — ale Jakt nie należał do ludzi, którzy potrzebują zachęty. Sam był swoją najlepszą publicznością. Jeśli człowiek nie potrafi sam sobie radzić, nie może zostać ani marynarzem, ani dowódcą. Zgodnie z wiedzą Valentine, ona i dzieci byli jedynymi ludźmi, których potrzebował. I świadomie udzielił sobie na to zgody.
A i tak nie potrzebował ich w takim stopniu, by porzucić życie marynarza i rybaka, by nie opuszczać domu na dni, często tygodnie, czasami nawet miesiące. Z początku Valentine wypływała razem z nim; byli wtedy tak siebie spragnieni, że nie mogli się zaspokoić. Po kilku latach pragnienie ustąpiło miejsca cierpliwości i zaufaniu. Gdy Jakt odpływał, ona prowadziła badania i pisała swoje książki, a kiedy wracał, całą uwagę poświęcała jemu i dzieciom.
Dzieci się skarżyły.
— Żeby tato już wrócił… Wtedy mama wyjdzie w końcu od siebie i porozmawia z nami.
Nie byłam dobrą matką, pomyślała Valentme. To tylko szczęście, że dzieci tak się udały.
Esej wciąż świecił nad terminalem. Do zrobienia pozostało jeszcze jedno: wycentrowała kursor u dołu i wpisała imię, pod jakim publikowała wszystkie swoje dzieła.
DEMOSTENES.
