
— Andrew powiedział, że jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego zna.
— Doszedł do tego wniosku, zanim zobaczył, jak wychowuję trójkę barbarzyńskich dzieciaków, teraz już dorosłych. Jak rozumiem, twoja matka miała was sześcioro.
— Tak.
— A ty jesteś najstarszy.
— Tak.
— To fatalnie. Przy najstarszym dziecku rodzice zawsze popełniają najgorsze błędy. Wtedy najmniej wiedzą, a najbardziej się starają. Tym samym istnieje większe prawdopodobieństwo, że postąpią źle. I będą uparcie twierdzić, iż postępują słusznie.
Mirowi nie podobało się, że ta kobieta zbyt pospiesznie osądza jego matkę.
— Wcale nie jest do ciebie podobna.
— Oczywiście, że nie. — Pochyliła się w fotelu. — I co postanowiłeś?
— W jakiej sprawie?
— Czy pracujemy razem, czy na darmo wyłączyłeś się z trzydziestu lat historii ludzkości?
— Czego ode mnie chcesz?
— Opowieści, ma się rozumieć. Fakty może mi podać komputer.
— Opowieści o czym?
— O tobie. O prosiaczkach. O tobie i prosiaczkach. Cała ta sprawa z Flotą Lusitańską zaczęła się przecież od ciebie i prosiaczków. Z powodu twojej ingerencji…
— To była pomoc!
— Czyżbym znowu użyła niewłaściwego słowa?
Miro spojrzał gniewnie. Ale wiedział, że ona ma rację — był przewrażliwiony. Słowo „ingerencja”, użyte w sensie naukowym, było naturalne, nie wartościowało. Oznaczało jedynie, że wywołał zmianę w badanej kulturze. A jeśli miało negatywny wydźwięk, to dlatego, że on sam stracił naukową perspektywę — przestał badać prosiaczki, a zaczął traktować ich jak przyjaciół. I to było jego winą. Nie, nie winą… był dumny, że dokonała się w nim ta przemiana.
