
— Bardzo głębokie — stwierdziła Jiang-qing.
— Gdybym był Japończykiem, popełniłbym seppuku, wylewając swe trzewia na urnę twych popiołów.
— Bardzo mokre i bardzo niechlujne. Uśmiechnął się.
— Chciałbym więc być starożytnym Hindusem i spłonąć na twoim stosie.
Ona jednak dość miała żartów.
— Qing-jao — szepnęła. Przypominała mu, że nie może uczynić niczego tak teatralnego, nie może umrzeć wraz z nią. Ktoś musi zająć się małą Qing-jao.
Hań Fei-tzu odpowiedział jej z powagą.
— Jak mogę ją nauczyć, by była tym, kim ty jesteś?
— Wszystko, co we mnie dobre, bierze się z Drogi. Jeśli nauczysz ją, by była posłuszna bogom, szanowała przodków, kochała lud i służyła władcom, przetrwam w niej tak samo jak ty.
— Nauczę ją Drogi jako części samego siebie — obiecał Hań Fei-tzu.
— Nie tak. Droga nie jest naturalną częścią ciebie, mój mężu. Chociaż bogowie przemawiają do ciebie codziennie, upierasz się przy wierze w świat, gdzie wszystko można wyjaśnić naturalnymi przyczynami.
— Jestem posłuszny bogom. — Pomyślał z goryczą, że nie ma wyboru, że nawet odłożenie spełnienia ich żądań staje się torturą.
— Ale nie znasz ich. Nie kochasz ich dzieł.
— Droga każe nam kochać ludzi. Bogów tylko słuchamy. Jak mogę kochać bogów, którzy poniżają mnie i dręczą przy każdej okazji?
