— Naliczyłam dwadzieścia trzy białe karpie w ogrodowej sadzawce — oznajmiła Qing-jao.

— Tak dużo — pochwaliła Jiang-qing.

— Myślę, że pokazywały mi się, żebym je mogła policzyć. Żaden nie chciał być ominięty.

— Kocha… cię… — wyszeptała Jiang-qing.

Hań Fei-tzu usłyszał nowy dźwięk w jej stłumionym głosie — bulgotanie, jakby wśród słów pękały bąbelki.

— Jak myślisz, czy jeśli widziałam tyle karpi, to znaczy, że będę bogosłyszącą? — spytała Qing-jao.

— Poproszę bogów, by do ciebie przemówili — odpowiedziała Jiang-qing.

Jej oddech stał się nagle krótki i chrapliwy. Hań Fei-tzu przyklęknął natychmiast i spojrzał z uwagą na żonę. Oczy miała szeroko otwarte i pełne lęku. Chwila nadeszła.

Poruszyła wargami. Obiecaj, powiedziała, choć nie potrafiła wydobyć głosu.

— Obiecuję — rzekł Hań Fei-tzu. Oddech ustał.

— Co mówią bogowie, kiedy przemawiają? — zapytała Qing-jao.

— Mama jest bardzo zmęczona — odparł Hań Fei-tzu. — Powinnaś już iść.

— Ale mama mi nie odpowiedziała. Co mówią bogowie?

— Mówią o tajemnicach. Kto je usłyszał, nigdy ich nie powtarza. Oing-jao z powagą kiwnęła głową. Cofnęła się o krok, jakby do wyjścia, ale przystanęła.

— Mogę cię pocałować, mamo?

— Lekko w policzek — zezwolił Hań Fei-tzu.

Qing-jao, mała jak na czterolatkę, nie musiała zbytnio się schylać, by ucałować policzek matki.

— Kocham cię, mamo.

— Lepiej już idź, Qing-jao.

— Ale mama nie powiedziała, że też mnie kocha.

— Powiedziała wcześniej. Nie pamiętasz? Ale jest bardzo słaba i zmęczona. Idź już.

Włożył w te słowa tyle stanowczości, że dziewczynka wyszła, nie pytając o nic więcej.



6 из 506