Położyła krótkofalówkę i uprząż pod drzewem i zarzuciła na ramię wysłużony plecak. Ani śladu zdenerwowania, wahania czy jakichkolwiek wątpliwości. Każdy jej ruch był celowy i świadczył o determinacji.

– Podobno jedzie pan do Sydney, tak? – spytała rzeczowo. – Proszę mnie zabrać ze sobą.

– Po co?

– To chyba oczywiste – niemal warknęła. – Mam siostrzeńca i jestem jego prawną opiekunką…

– On pani nie potrzebuje.

Zatkało ją.

– Taak? A kto go kocha?

Teraz na moment zatkało jego.

– Cóż… Na razie ma przy sobie nianię, a gdy tylko wróci do Broitenburga, zatrudnię kogoś kompetentnego.

– Nie pytałam o kompetencje – skwitowała zimno.

Mark nie umiał odpowiedzieć.

– Czemu Lara go tu przysłała?

– Nie wiem, sam się dziwię – przyznał szczerze. – Cztery miesiące temu Lara i Jean-Paul bawili w Paryżu, potem pojechali do Szwajcarii i do Włoch. Nie widziałem ich przez cały ten czas i dopiero po wypadku dowiedziałem się, że dziecko przebywa w Australii.

Poniewczasie zorientował się, jak musiało to zabrzmieć. Oficjalnie i zimno.

– To znaczy, Henry – poprawił się pospiesznie, ale i tak za późno, Tammy zaczęła przyglądać mu się z ogromną rezerwą.

– A zatem Henry ma dziesięć miesięcy i jest następcą tronu, tak? A pan zamierza zabrać go do swojego zamku i wynająć kompetentną osobę, która będzie się nim opiekować tak długo, aż dorośnie i będzie mógł zostać królem?

– Księciem – poprawił. – Broitenburg nie jest królestwem, tylko księstwem.

Wzruszyła ramionami.

– A co to za różnica? – rzuciła obojętnie. – Jest pan żonaty?

– Słucham?!

– Chyba mówię wyraźnie, prawda? Jest pan żonaty?

– Nie, ale co to ma…



12 из 105