
Tammy zrobiła się biała jak płótno. Zakręciło się jej w głowie. Musiała mocniej przytrzymać się konaru, żeby nie spaść.
– Proszę zejść – zażądał stanowczo Mark.
Miał rację, nie mogła przed tym uciec.
Poprawiła uprząż i zjechała na dół. Robiła to setki razy, mogłaby to zrobić nawet we śnie, tym razem jednak nie uważała i zjechała za szybko. Nie zrobiłaby sobie dużej krzywdy, ale potłukłaby się, gdyby Mark nie ocenił błyskawicznie sytuacji. Skoczył i złapał ją, biorąc na siebie całą siłę uderzenia.
Nieco oszołomiona, stała wsparta o niego, otoczona jego ramionami. Miała rację, był wspaniale zbudowany. Czuła dotyk jego ciała, jego twardych mięśni… Był równie potężny jak ona drobna.
Pochylił głowę i popatrzył na nią z głęboką troską.
– Wszystko w porządku?
Nie, nic nie było w porządku. Najchętniej wtuliłaby twarz w ten jego śmieszny mundur i wybuchła płaczem. Tyle tylko, że nie miała zwyczaju płakać.
– Nic mi nie jest – oznajmiła dzielnie, choć głos jej drżał.
– Naprawdę nie wiedziała pani o śmierci siostry? – spytał ze współczuciem, a gdy nie odpowiedziała, delikatnie ujął ją pod brodę i uniósł jej twarz, by musiała spojrzeć mu w oczy.
Piękne oczy. Niebieskie i czyste jak jezioro wśród gór. Mogłaby w nich zatonąć. Byleby tylko nie myśleć o tym, co się stało.
– Nie – wyszeptała z trudem. – Nie miałam z nią kontaktu…
– Rozumiem – odparł, lecz widać było, że nic nie rozumie.
– Od jakiegoś czasu nie umiałyśmy się dogadać.
