
Jeśli uderzył o coś głową, uderzał drugi raz, by zachować parzysty porządek. Czasami musiał to robić jeszcze i jeszcze raz, bo głowa nieoczekiwanie odbijała się od ściany, psując mu rachunek, albo zupełnie niespodziewanie ocierał o ścianę włosami. W końcu zaczynała go boleć czaszka, kręciło mu się w głowie i robiło niedobrze. Przez cały rok, w ostatnim stadium choroby matki, tuż po przebudzeniu przenosił ze swojego pokoju do kuchni te same rzeczy – nieduży egzemplarz wybranych baśni braci Grimm i komiks „Magnet” z pozaginanymi rogami – a przed pójściem spać zabierał je z powrotem. Książka musiała leżeć idealnie na środku komiksu, nocą ich grzbiety musiały równo przylegać do rogu dywanu w jego pokoju, a rankiem spoczywać na jego ulubionym krześle w kuchni. David uważał, że dzięki temu matka na pewno nie umrze.
Codziennie po szkole siadywał przy jej łóżku. Jeśli czuła się dość silna, rozmawiał z nią, lecz najczęściej obserwował, jak śpi, licząc każdy jej ciężki, świszczący oddech i pragnąc, by z nim pozostała. Często przynosił ze sobą książkę i jeśli matka nie spała i głowa nie bolała jej za bardzo, prosiła, by czytał jej na głos. Miała swoje własne książki – romanse, kryminały i grube powieści zapisane drobnym drukiem – ale wolała, by czytał jej dużo starsze opowieści: mity, legendy, baśnie, historie o zamczyskach, tajemniczych wyprawach i groźnych gadających zwierzętach. David nie miał nic przeciwko temu. Choć w wieku dwunastu lat właściwie nie był już dzieckiem, zachował sympatię dla tych opowieści, a fakt, że matka słuchała ich z radością, jeszcze ją potęgował.
