
To znaczy, jest wnukiem mojej siostry, ale do mnie też mówi „babciu”. Mam go odebrać na stacji metra. — Sięgnęła do torby. — Moja siostrzenica Deirdre wyjechała na Święta do Kentu i poprosiła, żebym się nim zajęła. Mam nadzieję, że przez ten czas przestanie choć na chwilę padać — ciągnęła, zawzięcie grzebiąc w torbie. — Colin ma dwanaście lat i jest bardzo bystrym chłopcem, choć jego słownictwo pozostawia nieco do życzenia. Obecnie wszystko jest dla niego albo „wdechowe” albo „apokaliptyczne”. W dodatku Deirdre pozwala mu jeść stanowczo za dużo słodyczy. — Wreszcie wydobyła z torby wąskie pudełko w czerwonozielone pasy. — Mam to dla niego na Gwiazdkę. Chciałam kupić coś jeszcze, ale zaczęło lać jak z cebra, a poza tym nie jestem w stanie zbyt długo wytrzymać tych okropnych kolęd, które nadają bez przerwy przez głośniki na High Street. — Otworzyła pudełko. — Nie mam pojęcia w co teraz ubierają się dwunastoletni chłopcy, ale przypuszczam, że szaliki są ponadczasowe. Co o tym myślisz, James?… James?
Dunworthy drgnął raptownie i odwrócił się od szyby.
— Proszę?
— Powiedziałam, że moim zdaniem szalik to znakomity prezent gwiazdkowy dla chłopca, nie sądzisz?
Spojrzał na gładki buroszary szalik, który Mary wyjęła z pudełka i pokazywała mu z nie skrywaną dumą. Kiedy był chłopcem w wieku Colina — od tego czasu minęło już prawie pół wieku — wynajdywał najprzeróżniejsze preteksty, żeby tylko nie założyć czegoś takiego na szyję.
— Tak, oczywiście — mruknął, po czym odwrócił się z powrotem w kierunku laboratorium.
— O co chodzi, James? Czy coś się stało?
Latimer podniósł z podłogi małą szkatułkę z metalowymi okuciami, po czym rozejrzał się niepewnie dokoła, jakby zapomniał, co zamierzał z nią zrobić. Montoya ponownie zerknęła ze zniecierpliwieniem na zegarek.