
Dwie inne wioski znajdowały się dosłownie o rzut kamieniem od miejsca, gdzie teraz stała — jedna zaraz po drugiej stronie gościńca, druga nieco dalej, za kilkoma polami, w pobliżu rzeki. Skendgate była tam, gdzie Kivrin spodziewała się ją znaleźć: w kierunku, z którego przyszła, za boczną drogą i niskim wzgórzem, nie dalej niż dwie mile od niej.
Kivrin ponownie złożyła ręce i zbliżyła je do twarzy.
— Właśnie zlokalizowałam wioskę — powiedziała, zastanawiając się, czy bicie dzwonów także trafi do jej Księgi Sądu Ostatecznego. — Prowadzi do niej boczna droga, na którą wyszłam z lasu. Przeciągnę wóz i bagaże na drogę, a potem słaniając się na nogach pójdę do wsi i padnę zemdlona na progu czyjegoś domu.
Jeden z dzwonów, gdzieś na południowy wschód od niej, miał słabe, ale wyjątkowo delikatne brzmienie. Ciekawe, czy to ten właśnie słyszała zaraz po dokonaniu przeskoku, a jeśli tak, to dlaczego dzwonił? Może z powodu pogrzebu, tak jak przewidywał pan Dunworthy.
— Panie Dunworthy, naprawdę nic mi nie jest — wyszeptała w złożone dłonie. — Dotarłam tu ponad godzinę temu i jak do tej pory nie przydarzyło mi się nic złego.
Dzwony milkły kolejno. Pierwszy ucichł duży dzwon z Oxfordu, choć Kivrin odniosła wrażenie, iż jego dźwięk najdłużej unosi się w powietrzu. Niebo przybrało fioletowogranatową barwę, a na południowym wschodzie zapłonęła jasna gwiazda.
— Tu jest bardzo pięknie — powiedziała Kivrin.
ZAPIS Z KSIĘGI SADU OSTATECZNEGO (000249–000614)
