
— Zostawiła to pani w laboratorium — powiedział, podając ją lekarce.
— Och, bardzo panu dziękuję. Zechce pan postawić ją na podłodze? Nie mogę jej od pana wziąć, bo założyłam sterylne rękawiczki.
Postąpił zgodnie z jej życzeniem. Torba przechyliła się nieco i wysunął się z niej koniec szarego szalika, który Latimer starannie upchał z powrotem do pudełka.
— Zupełnie o niej zapomniałam — przyznała Mary. — Kiedy wybuchło to zamieszanie… O, mój Boże! — zasłoniła usta ręką. — Colin! O nim też zapomniałam! Która godzina?
— Osiem po czwartej — odparła Montoya nie patrząc na zegarek.
— Miał przyjechać o trzeciej!
Mary podniosła się raptownie z krzesła, potrącając przy okazji stolik. Probówki zabrzęczały głośno w stojaku.
— Może kiedy zobaczył, że cię nie ma, poszedł prosto do twojego mieszkania? — zasugerował Dunworthy.
Energicznie pokręciła głową.
— Nie trafiłby tam. Jeszcze nigdy nie był w Oxfordzie. Właśnie dlatego obiecałam, że wyjdę po niego na stację metra. Słowo daję, zupełnie wyleciało mi z głowy… — dodała, kierując te słowa raczej do siebie niż do kogokolwiek z obecnych.
— Wobec tego zapewne wciąż jeszcze siedzi na stacji. Mam pójść i go przyprowadzić? — zaofiarował się Dunworthy.
— Nie możesz — przypomniała mu. — Miałeś kontakt z chorobą.
— Wobec tego zadzwonię na stację. Poproszą go do telefonu, a ty powiesz mu, żeby wziął taksówkę. Gdzie miał wysiąść? Na Cornmarket Street?
— Tak.
Dunworthy zadzwonił do informacji, za trzecim razem uzyskał połączenie, spisał numer z ekranu, rozłączył się i natychmiast zatelefonował na stację. Numer był zajęty, więc po chwili spróbował ponownie.
— Czy Colin jest pani wnukiem? — zapytała Montoya, odrywając się od formularzy.
Pozostali nie zwracali na nich najmniejszej uwagi. Gilchrist wypełniał rubryki, marszcząc brwi i pochrząkując z dezaprobatą, jakby chciał dać wszystkim do zrozumienia, iż uważa tę sytuację za kolejny przykład karygodnej lekkomyślności i braku kompetencji, Latimer cierpliwie czekał z podwiniętym rękawem, sanitariuszka zaś wciąż była pogrążona we śnie.
