
On też się przedstawił.
– Może to przypadkowa zbieżność nazwisk? – zasugerował.
– Zgadza się nazwa wsi i herb, którym pieczętowali się moi przodkowie – wyjaśniła. – Habdank, tak samo jak ona… Owszem, Kruszewskich jest kilka rodzin, ale tylko jedna tego herbu… Z katalogu wynika, że portret namalowano w roku 1678.
– Owszem – kiwnął głową. – Artysta niestety nieznany, choć mamy kilka podejrzeń.
Dziewczyna na portrecie była ciemnowłosa, a lekko wystające kości policzkowe nadawały jej odrobinę orientalny wygląd. Na piersi miała niewielki, srebrny krzyżyk, wysadzany rubinami.
– Skąd wiadomo, kiedy powstał ten obraz? – zapytała. – Znalazłam informację, że Stanisława Kruszewska była poszukiwana w związku z zabójstwem swojego męża w roku 1609. Zdaje się szlachetny małżonek sprzedał ją pewnemu przedstawicielowi mniejszości narodowej, który parał się intratnym zajęciem dostarczania młodych dziewcząt do tureckich haremów…
– Po kilku latach jakimś cudem wróciła z niewoli i zarżnęła go jak wieprzka – uzupełnił z uśmiechem. – Przypuszczam, że to zbieżność imion. Skoro w 1609 miała, powiedzmy, około dwudziestu lat, to w chwili powstania obrazu musiałaby mieć koło dziewięćdziesiątki. A co do datowania – z tyłu jest rok powstania, namalowany identyczną farbą jak przód… Poza tym krój stroju wskazuje na lata siedemdziesiąte XVII stulecia. Może to jej wnuczka? Albo ktoś z innej linii rodu? Herb się zgadza…
Kiwnęła w roztargnieniu głową. Tę możliwość sprawdziła dokładnie w kilku różnych herbarzach. Istnienie następnej Stanisławy Kruszewskiej odnotowano dopiero w XVIII wieku…
– No cóż, pora już chyba zamykać galerię – spojrzała na zegarek.
– Faktycznie – zreflektował się.
– Przepraszam, zajęłam czas…
