
Cieszy oczy. Odwykł od takich widoków. Skinięciem wąskiej dłoni przywołuje kelnera.
– Piwo dla wszystkich – wydaje dyspozycję podając mu szeleszczący banknot.
Dwornym ukłonem dziękuje za toast na swoją cześć. A potem znowu popada w pogodną zadumę…
* * *
Przyjemnie wałęsać się po krakowskich Plantach w mglisty, jesienny poranek. Drobna, ciemnowłosa dziewczyna szła omijając liczne kałuże. Po wczorajszej ulewie bardzo się ochłodziło. Owinęła się szczelniej długim, jasnobrązowym płaszczem z wielbłądziej wełny. Marzła, ale po latach spędzonych pod rozpalonym słońcem Afryki była to miła odmiana. Kraków powoli zmieniał się na lepsze. Nie był już taki ciemny i ponury, jak zapamiętała ze swojego ostatniego pobytu. Przyjemnie było zajrzeć w stare kąty, choć – jak się okazało – nie wszystkie przetrwały. Wyburzenia oraz remonty bardzo odmieniły oblicze miasta.
Drzewa gubiły liście. Minęła Barbakan. Przymknęła na chwilę oczy. Bez trudu wyobraziła sobie mury obronne z czerwonej cegły i szarego wapienia. Zapragnęła popatrzeć na Bramę Floriańską od środka.
Na ławce opodal siedział mężczyzna, ubrany w drogi garnitur. Na przegubie jego dłoni lśnił złoty, szwajcarski zegarek. Facet pił przez całą noc, teraz z wolna dochodził do siebie.
– Hej, moja śliczna, co tak samotnie wędrujesz? – zagadnął niczym doświadczony podrywacz.
Coś w zachrypłym głosie przykuło jej uwagę. Odwróciła się i popatrzyła uważnie. Chytra, jakby szczurza twarz; trochę utył, ale rozpoznała go.
– Dymitr – mruknęła. – Nie sądziłam, że jeszcze żyjesz…
Teraz on drgnął i spojrzał na nią przekrwionymi oczkami.
– Pani – wychrypiał. – Jestem szczęśliwy mogąc powitać…
Chciał wstać ale grawitacja przeważyła i nic zdołał podnieść się z ławki. Na jego fizjonomii odmalował się chytry, służalczy uśmieszek.
