
– Znam biegle angielski, francuski, niemiecki, fusha, amharski, gyyz, mandaryński… – długo jeszcze mogłaby wymieniać, ale wolała nie odkrywać się aż tak bardzo.
Dyrektor spojrzał znad okularów. Jego wzrok długo badał twarz rozmówczyni zachowującą jeszcze ciągle ciepły kolor pustyni. Twarde mięśnie, prosta sylwetka świadcząca o sile i kondycji. Zamyślił się.
– Ile pani ma lat? – zapytał.
– Dwadzieścia jeden.
– Najstarsze uczennice będą tylko o dwa lata młodsze od pani – powiedział bardziej do siebie niż do niej.
– Dyrektorze, gdy prowadziłam interesy na południu Sudanu, umiałam sobie radzić z przemytnikami wielbłądów, więc ufam, że i z dziewczętami wychowanymi w cieplarnianych warunkach nie będę miała problemów.
Uśmiech przemknął mu przez twarz. Co mógł sobie wyobrazić?
– Potrzebujemy osób z udokumentowanym przygotowaniem pedagogicznym – uściślił. – I najchętniej z praktyką w zawodzie. Kształcenie młodzieży to odpowiedzialne zadanie… I w pewnym sensie trudniejsze niż praca z wielbłądami.
– Mam uprawnienia nauczycielskie – wyjaśniła. – A także dysponuję listem rekomendacyjnym od dyrekcji szkoły w Aksum, gdzie pracowałam.
Położyła mu na biurku dwa dokumenty. Spojrzał w zadumie na robaczki obcego pisma.
– Pani przybywa z…
– Z Etiopii. Mam pozwolenie na stały pobyt oraz podjęcie pracy. Wystąpiłam o naturalizację.
– Kuratorium nie będzie zachwycone – z frasunkiem patrzył na papiery. – To po etiopsku?
– W języku amharskim. Po drugiej stronie jest tłumaczenie przysięgłe na gyyz i francuski.
– Zaryzykujemy – podjął decyzję. – Na razie na trzymiesięczny okres próbny. Jeśli sobie pani nie poradzi…
Dziewczyny z wszystkich epok są w zasadzie podobne do siebie, tylko z pokolenia na pokolenie coraz bardziej dziecinne. Nie będzie żadnych problemów.
– Jakie są pani zainteresowania? – dyrektor wyjął z szuflady ankietę personalną.
