
Odrywa spojrzenie od wykopów.
– Czym mogę służyć?
Mięśnie grają pod opalona skórą. Jest silny. I domyślny. Wyczuwa bezbłędnie niebezpieczeństwo.
– Katarzyna Kruszewska, Centralne Biuro Śledcze – przedstawia się okazując identyfikator.
Jego brwi wędrują do góry. Zdziwienie. I lekki strach. To normalne u ludzi, którzy posługują się fałszywą tożsamością.
– Mam kilka pytań odnośnie pańskiej poprzedniej pracy.
Lekko kiwa głowa.
– Której pracy?
– W czwartym warszawskim wydziale ochrany. Inwigilował pan niejakiego Feliksa Dzierżyńskiego…
Czasem przestępca, który ukrywa się przez dłuższy czas, przy aresztowaniu odczuwa natychmiastową ulgę i rozluźnienie. Spada z niego napięcie. Uczyła się o tym.
– Nie ma pani pojęcia, co to było za ścierwo – uśmiechnął się. – Naprawdę chce pani o tym porozmawiać? – gestem zachęcił ją, by usiadła.
– W zasadzie nie – odparła. – W pańskim życiu są zapewne ciekawsze epizody. Na przykład ewakuacja depozytów NBP do Rumunii w 1939 roku…
Kiwnął głową.
– Jak głęboko pani dotarła? – zapytał.
– Do lat siedemdziesiątych XIX wieku.
– Ten tam – wskazał gestem Olszakowskiego, który właśnie tłumaczył coś studentom odbywającym praktyki – za nic w świecie nie chce uwierzyć, że jeszcze metr, a dogrzebią się do zawalonych pomieszczeń oficyny saskiej. To był taki niski budynek, w którym mieszkała zamkowa służba. Podczas budowy arkad zerwano tylko dachy, a pomieszczenia napełniono ziemią, traktując je jak dodatkowy mur oporowy chroniący przed naciskiem skarpy – wyjaśnił.
– Arkady Kubickiego? Przecież to był nadworny architekt Stanisława Augusta Poniatowskiego.
– Owszem, jak więc pani widzi, praca w carskiej ochranie nie była moim pierwszym zajęciem. Wie pani, jaki popełniłem błąd? Powinienem był zostać archeologiem. Może kiedyś… – spojrzał na nią badawczo. – Jak mnie zidentyfikowaliście?
– Mamy system komputerowy, pozwalający rozpoznawać twarze i porównywać fotografie – odpowiedziała. – W naprawdę dużych ilościach. Około miliona sztuk na sekundę.
