
– Kurde, ale księżniczka – mruknął któryś z żołnierzy.
Kapitan dopiero teraz mógł spojrzeć, kogo uratowali.
Miała może szesnaście lat. Piękne blond włosy, posklejane potem i krwią, opadały jej falą na ramiona. Cudownie niebieskie oczy połyskiwały pod grubymi brwiami, tyko o ton ciemniejszymi niż grzywka. Delikatne wargi były rozbite, dłonie pokryte siniakami i zadrapaniami. Podarta bluzka odsłaniała drobne, dziewczęce piersi. Ponad nimi zielonym tuszem wytatuowano herb oraz jakiś napis. Kapitan okrył ją delikatnie, zdjętym z półki kocem przeciwwstrząsowym. Mrugnęła kilka razy.
– Dziękuję za ratunek – odezwała się cicho po angielsku.
Uśmiechnęła się do nich wszystkich. Żołnierze byli zdumieni ciepłą barwą melodyjnego głosu dziewczyny. Spróbowała usiąść, ale kapitan popchnął ją łagodnie na posłanie.
– Jak się nazywasz? – zapytał.
Na sekundę jakby się zawahała.
– Monika Stiepankovic.
– Musisz odpocząć – rzekł. – Zabieramy cię na razie do bazy, tam będziesz bezpieczna.
– Na tej ziemi, kapitanie, nigdy nie będę bezpieczna – w głosie dziewczyny dało się wyczuć smutek i rezygnację.
Zamknęła oczy. Okrył ją dokładniej kocem. Spojrzał na swoich żołnierzy.
– Dziękuję wam – powiedział poważnie. – Może nie była to akcja bojowa, za którą dają ordery, ale uratowaliśmy cielaczka…
* * *
– A więc tu trzymacie to, na co poszło sześć milionów złotych z naszej dziury budżetowej – mruknął prezydent patrząc na solidne, stalowe drzwi.
– I jeszcze pójdzie – dodał generał. – System ciągle jest na etapie testowania. Ale gdy wreszcie go odpalimy… – jego oczy rozbłysły marzycielsko.
Na szarych płytach, pociągniętych farbą antykorozyjną, naklejono, odrobinę krzywo, kartkę papieru. Spis osób, które miały prawo przekroczyć ten próg. Lista nie była długa, tylko dwa nazwiska. Prezydent przeleciał ją wzrokiem.
