
Kapłan spokorniał nagle, lecz nie poniechał wysiłków.
– Panie, wszak to grasant. – Splótł dłonie na podołku. – Okradnie was i precz zemknie. Raz już tak uczynił, pomnicie, panie? Druhów własnych ograbił. Was też zdradzi niechybnie.
Twardokęsek stropił się trochę. Kapłan bowiem dobrze wyczuł jego zamysł. Zamierzał przemknąć się na południe, ominąć Spichrzę i dotrzeć do Książęcych Wiergów, gdzie miał zaufanego lichwiarza. Tam chciał książęce złoto wymienić na listy zastawne i uciec poprzez Góry Żmijowe na południe. W każdym portowym mieście był kantorek Fei Flisyon, a kapłani bez zbędnych pytań obróciliby mu kwity z powrotem na złoto. Potem wsiądzie na statek i popłynie precz z Krain Wewnętrznego Morza, nim się na dobre rozpęta wojenna zawierucha. Kiedy z wiosną bogowie i książęta skoczą sobie do gardeł – bo nie wątpił, że tak właśnie się stanie – on, Twardokęsek, będzie popijał wino w obcym mieście i bałamucił dziewczęta.
– Nie biadajcie tak – rzekł sucho Koźlarz – bo dosyć złota wasi kapłani pomarnowali. Dużo obiecywali, że się ciszkiem do Spichrzy przemkną i dobra dla nas nakupią. I co? Jednego po drugim Pomorcy wyłapali. Zdaje mi się zatem, że czas świeckich poszukać sposobów. I trudno, jeśli się przy tym złota nieco zmarnuje. Inaczej sami zmarniejemy ze szczętem. – Przy ostatnich słowach podszedł do okna i odemknął okiennicę.
Zbójca bez namysłu opadł na jego miejsce. Złośliwie strząsnął Kostropatce na rękaw przegniłą łodygę moczarki i zgarnął ku sobie wielki półbochenek chleba. Żalnickiego księcia ledwie słuchał, bo nagle głód przeważył nad wszystkim.
– Jesteście, panie, pewni? – odezwał się ostrożnie jeden z wilczojarskich posesjonatów.
– Niech no który z waszmościów zawoła Nieradzica! – krzyknął Koźlarz do grupki rebeliantów, którzy zabawiali się na majdanie strzelaniem z łuku do wielkiego chochoła.
