
Zbójca zaśmiał się krótko.
– A o czym gadać, skoro wszystko wiesz, stary capie? Jeszcze w tamtym kantorku słomą krytym wszystkoś wiedział.
Gospodarz uśmiechnął się, wyraźnie przypochlebiony.
– Biedny człowiek musi wywęszyć, gdzie jego korzyść leży.
– Biedny? – żachnął się zbójca. – Nie grzesz, kozichwoście, bo nie jestem głupcem i wiem, co ten łańcuch znaczy. Jakim sposobem do podobnych bogactw przyszedłeś?
Kościej uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Rąk własnych uczciwą pracą – odparł nie bez kpiny. – Prosty handlarz jestem. Kudy mnie do książąt i Iskier nieśmiertelnych?
– Czym? – Zbójca aż się zachłysnął ozorkiem w chrzanowym sosie. – Jednegoś dnia uczciwie nie przepracował, stary kpie. Całe twoje bogactwo pochodzi z lichwy, spekulanctwa drewnem i spławu żalnickiej pszenicy, coś ją pokątnie od pomorckich komendantów kupował.
– I powodzi, co siedm lat temu Żalniki nawiedziła. – Lichwiarz bawił się ogniwami złotego łańcucha. – Ludzie z głodu korę z drzew darli, a ja miałem spichrze pełne zboża. Oraz z rozrzutności jaśnie księżnej Egrenne, którą wspomogłem w potrzebie, gdy jej gotowizny zbrakło na opatrzenie murów w przygranicznych zameczkach. A także za przyczyną wypędzenia sług Zaraźnicy z żalnickiej dziedziny.
Zbójca popatrzał nań pytająco znad miski.
– Przecież Wężymord razem z nimi kredytu z państwa nie wygnał. – Gospodarz skrzywił się z kpiną. – A czasy trudne, niespokojne. Ani sobie wykładasz, jak w dyrdy przybiegali do moich kantorków jaśnie panowie szlachta, rodowych sreber, majątków ani karabel po przodkach pod zastaw nie szczędząc. A coś ty sobie myślał? Że mnie do zasobności przywiodło zrabowane dobro, com je od zbójców skupował?
– Ależeś nim nie gardził – powiedział sucho zbójca.
– Bo ja niczym nie gardzę! – prychnął Kościej i nalał sobie kubek piwa. – Beczki, woły, łój, popiół, smoła – mnie wszystko sposobne, byle zyski niosło. Lecz ze zbójami więcej nie kupczę. To było dobre w porcie, gdzie mi było trzeba na dzień fasoli dwie garście i do kaszy omasty od święta. Ale nie teraz.
