
Twardokęsek nie umiał rozpoznać twarzy człowieka, który spoczywał na posłaniu żalnickiego księcia. Ranny miał jasne włosy, przycięte krótko i posklejane od gorączki. Gdy poruszył się niespokojnie, koc opadł, odsłaniając kikuty rąk, owinięte ciasno szmatami. W izbie podniosła się nowa fala smrodu. To już niedługo potrwa, pomyślał zbójca, i wtedy właśnie wiedźma przypadła do niego i wczepiła się w rękaw.
– Takem się bała – wykrztusiła przez łzy. – Takem się bała, że i ciebie dostaną.
Odsunął ją szorstko.
– Kto to?
– Dzieciak – odparła z niespodziewaną złością Szarka. – Ot, jeden z gromady głupców, co się nasłuchali pieśni, a potem jęli bzdurzyć o honorze i pomście za zniewagę. Pogardłowali nieco, łby zmącili gorzałką i pognali wojować. A teraz mamy trochę trupów do pogrzebania. Dobrze, że jesteś, zbójco – dodała z roztargnieniem.
– Tak myślicie? – odezwał się od progu Koźlarz.
– Myślę, że jeszcze tej nocy odpłynę na Wyspy Zwajeckie i wezmę ze sobą wiedźmę.
Szarka odwróciła się, lecz nie ku żalnickiemu księciu. Zielone oczy utkwiła w zbójcy. Aż się wzdrygnął, tak intensywne było jej spojrzenie. A potem zrozumiał, co powiedziała, i gorycz zalała mu gardło. Nie czekała na niego. I nie pomyślała nawet, aby go zabrać na Wyspy Zwajeckie, gdzie będzie kniaziowała wśród skarbów Suchywilka.
– A Pomorcy wybiorą was niczym raki z saka, jeśli na czas nie powściągniecie swoich ludzi – dokończyła.
– Przecież sami wiecie… – zaczął książę.
– Nie przedrą się – przerwała. – Żaden z tych młodziaków nie zdoła wywieść w pole pomorckich kapłanów. Wam się udało, bo mieliście Sorgo i przewodnika, że drugiego takiego nie znajdziesz na obu brzegach Wewnętrznego Morza.
