
– Ukochani przyjaciele – szeptał Dolg ze łzami w oczach. – Moi ukochani przyjaciele.
Cofnął się myślami jakieś trzysta lat w przeszłość. Do tamtych czasów, kiedy jako mały chłopiec odnalazł gdzieś na bagnach w zewnętrznym świecie szafir. Później, kiedy już dorósł, odnalazł na Islandii farangil. W dolinie elfów, zwanej Gjáin. A na koniec miał też szczęście odnaleźć Święte Słońce. Jedno ze świętych słońc w każdym razie, może nie największe, ale jednak. To ono teraz świeci nad miastem Saga. Nad miastem, które zostało wybudowane na cześć jego i Marca.
Nagle Dolga ogarnęła przejmująca tęsknota za domem. Za światłem i ciepłem.
W tej strasznej rozpadlinie, w której jego najlepszy przyjaciel leżał ciężko ranny, magiczne kamienie rzucały przedziwny blask na otaczające ich skalne ściany. Wszystko, co znajdowało się wokół, było rozjaśnione zmieniającymi się strumieniami światła. Gra barw dawała wrażenie ciepła, ale to tylko złudzenie. Dolg widział, że wszyscy stojący obok dygoczą z zimna.
– Patrzcie! Kamienie działają – szepnął Faron.
W tych warunkach nie było czasu na żadne fachowe udzielanie pierwszej pomocy. Nie było czym rozciąć nogawek spodni, nie założono żadnych antyseptycznych opatrunków. Trzeba było umykać stąd najszybciej jak to możliwe, by zająć się Markiem na pokładzie J2.
Nikt jednak nie mógł nie widzieć, jak zbroczone krwią nogi Marca nabierają znowu dawnych kształtów, dostrzegali, że nawet najmniejsze odłamki kości wracają na swoje miejsca, jak mięśnie i skóra wyrównują się i nabierają wcześniejszego wyglądu.
