
Tego dnia zastał ją martwą.
Osiem lat temu miała wylew. Poszła siać na pole przed chałupą. Nigdy nie zapomni, ma ten obraz wyryty w mózgu jeszcze w dzieciństwie – matka idzie między skibami ich małego pola i sieje. Z chustką na głowie, z wiadrem ziarna wiszącym u łokcia, w fartuchu, który prała co wieczór. Rozsypywała to ziarno z jakąś taką dumą, uroczyście, dostojnie, patrząc na góry. Już jako mały chłopiec lubił na to patrzeć, stojąc przed domem.
Tamtego dnia, osiem lat temu, nie dane mu było na to patrzeć, los chciał inaczej. Wezwali go do Piwnicznej. Wyszedł bez pożegnania, wsiadł na motocykl i pojechał. Wrócił około czwartej po południu. Matka leżała na polu twarzą w rozsypanym ziarnie. Lekarze powiedzieli, że przy wylewie trzeba „natychmiast przywozić, nawet traktorem albo koniem”. Ale jego przecież nie było tego dnia, bo zdarzyła się ta idiotyczna awaria transformatora w Piwnicznej.
– A innych dzieci matka nie ma? – spytała zaczepnie gruba pielęgniarka.
– Ma – odpowiedział cicho. – Ale wszyscy się rozjechali po Polsce.
* * *
Tylko najstarszy syn Marcinowej, Piotr, mieszkał blisko Biczyc, w Nowym Sączu. Pracował jako listonosz. Od kiedy owdowiał, rzadko przyjeżdżał do matki. Już częściej był tam jego syn Szymon. I to nie po to, aby odwiedzić babcię, ale żeby pożyczać od wujka Marcina motocykl i wozić dziewczyny drogą od gospody do masztu na podwórku Siekierkowej. Reszta braci rozjechała się po Polsce. Czasami przychodziły od nich listy, kartki z pozdrowieniami z urlopów lub świąteczne życzenia. Do Biczyc przyjeżdżali tylko w drodze do Zakopanego na narty lub – jeśli znaleźli czas – by uczestniczyć w pierwszej komunii albo ślubie dzieci ich przyjaciół z dzieciństwa.
