
Można z poglądem takim polemizować replikując, że Hugo Gernsback to Luksemburczyk z pochodzenia, który zanim wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i wymyślił termin science fiction, był zapalonym czytelnikiem i wielbicielem twórczości J.Verne’a i H.G.Wellsa, że ponad dziewięćdziesiąt procent produkcji wydawniczej SF, ukazującej się na rynku amerykańskim, daleko ustępuje pod względem pomysłowości (nie mówiąc już o walorach artystycznych i zawartości problemowej utworów) twórczości wyżej wymienionych prekursorów fantastyki, że sam Lem wreszcie, pisarz bardzo odległy od kręgu angloamerykańskiego, jest powszechnie uważany za najwybitniejszego współczesnego twórcę SF.
Jednakże burzliwy rozwój fantastyki naukowej, jaki nastąpił na całym świecie w ciągu ostatnich dwudziestu lat, czyni taką polemikę bezsensowną, a podobne argumenty zbędnymi. Zmieniła się bowiem niepostrzeżenie historyczna i geograficzna perspektywa widzenia zjawiska określanego mianem science fiction. W eksplodującym kosmosie fantastyki naukowej fantastyka anglosaska utraciła rangę literackiego universum i stała się jedną z licznych konstelacji. Powstają nowe, coraz silniejsze ośrodki tej twórczości: Związek Radziecki, Japonia, Włochy, kraje skandynawskie. Rozwój fantastyki w tych krajach to tylko w niewielkim stopniu sprawa mody czy zapożyczeń. Głównym stymulatorem rozwoju fantastyki była dokonywająca się tam rewolucja naukowo — techniczna (w krajach socjalistycznych również rewolucja społeczna). Związane z nią obawy i nadzieje stworzyły społeczne zapotrzebowanie na taką literaturę, która z troską spogląda w przyszłość i rozważa możliwe jej warianty.
