A sonda dotarła do gwiazdy, w której sąsiedztwie istniały warunki pozwalające na egzystencję Ziemian, odkryła pas kosmicznego śmiecia, składający się z okruchów materii, planetoid, nieregularnych odłamów skalnych mniejszych wymiarami od planety, z interesującymi tendencjami do formacji systemowej i planetę-towarzysza z własną świtą skalnych brył i księżyców… planetę spustoszoną, nagą i posępną. Nie był to żaden Eden, żadna druga Ziemia, nie było to nic lepszego od tego, co istniało w rodzimym Układzie Słonecznym; dalekiej trzeba było drogi, żeby to stwierdzić. Prasa usiłowała wyjaśniać problemy, których sama nie była w stanie pojąć, szukała gorączkowo czegoś, czym można by przyciągnąć czytelników i szybko straciła zainteresowanie całą sprawą. Podnoszono jeszcze kwestię kosztów; uciekano się też do mglistych i beznadziejnych porównań z Kolumbem, po czym masmedia przerzuciły się szybko na kryzys polityczny w akwenie Morza Śródziemnego, o wiele bardziej zrozumiały i daleko krwawszy.

Personel naukowy Stacji Sol odetchnął z ulgą i nie nadając sprawie rozgłosu zainwestował część swego budżetu w skromną ekspedycję załogową, która miała oficjalnie wyruszyć na czymś przypominającym trochę podróżującą miniaturę samej Stacji Sol i pozostać przez jakiś czas na orbicie tego nowo odkrytego świata, żeby prowadzić obserwacje.

A nieoficjalnie, żeby dalej rozbudowywać swoją jednostkę na podobieństwo Stacji Sol, żeby przetestować techniki wytwarzania stosowane przy budowie drugiego co do wielkości satelity Ziemi… W odmiennych warunkach Korporacja Sol wyasygnowała na ten cel pokaźną kwotę, kierując się po trosze ciekawością, a po trosze zrozumieniem znaczenia stacji kosmicznych i przewidywaniem zysków, jakie może przynieść ich rozwój. Taki był początek.

Te same okoliczności, które sprawiły kiedyś, że Stacja Sol stała się przedsięwzięciem praktycznym, przyczyniły się teraz do przetrwania pierwszej stacji gwiezdnej.



2 из 563