
Na szczęście bursztynowy płyn miał zupełnie dobry, choć cierpki smak. Cukier? Nie śmiał poprosić. Thorne nie podał cukru, a na pewno by to zrobił, gdyby Naismith słodził herbatę. Chyba komandor nie postanowił przeprowadzić pierwszej subtelnej próby? A więc wygląda na to, że admirał pił bez cukru.
Najemnicy pijący herbatkę. Napój nie wyglądał na truciznę, jeśli spojrzało się na wystawę, nie — na prawdziwy arsenał broni zawieszonej na ścianie: kilka ogłuszaczy, igłowce, łuki plazmowe oraz błyszcząca metalowa kusza z wiszącą obok ładownicą pełną granatów błyskowych. Thorne był widocznie dobry w tym, co robił. Jeśli to prawda, zupełnie go nie obchodziło, co ten stwór pije.
— Myślisz i myślisz — odezwał się Thorne po kolejnej chwili milczenia. — Przypuszczam, że tym razem przywiozłeś nam coś miłego?
— Zgadza się, jest zadanie. — Miał nadzieję, że hermafrodyta właśnie o tym myślał. Komandor skinął głową, unosząc brwi w oczekiwaniu na ciąg dalszy. — Chodzi o przerzut. Nie jest to najpoważniejsza misja, jaka nam się trafiła…
Thorne zaśmiał się.
— Ale nieco skomplikowana.
— Nie może być bardziej skomplikowana niż sprawa Dagooli IV. Mów dalej, proszę.
Potarł usta charakterystycznym dla Naismitha gestem.
— Musimy zrobić skok na żłobek klonów Domu Bharaputra w Obszarze Jacksona. Opróżnić.
Thorne właśnie zakładał nogę na nogę; obie stopy błyskawicznie wylądowały z hukiem na podłodze.
— Zabić? — zapytał z przestrachem.
— Klony? Nie, ocalić! Trzeba je wszystkie uratować.
— Och. Uff. — Thorne’owi najwyraźniej kamień spadł z serca. — Przez moment miałem okropną wizję… w końcu to są dzieci. Nawet jeżeli klonowane.
— Otóż to. — Ku swemu zdumieniu zauważył, że kąciki jego ust unoszą się w autentycznym uśmiechu. — Cieszę się… że tak to pojmujesz.
