
— W porządku. Możemy lecieć.
Pilot wyszczerzył zęby w uśmiechu i zasalutował od niechcenia, podczas gdy on zapinał pasy. Choć pilot wyglądał na rozsądnego dorosłego człowieka, na jego twarzy malował się ten sam wyraz co na obliczu oficer Hereld; radosnego podniecenia i zniecierpliwienia, jak gdyby jego pasażer za chwilę miał wyciągnąć z kieszeni garść smakołyków.
Obejrzał się przez ramię, a ładownik posłusznie oderwał się od blokad doku i zawrócił. Zanurkowali w otwartą przestrzeń, oddalając się od powierzchni stacji. Na konsoli nawigacyjnej błyskały różnobarwne linie korytarzy ruchu, tworząc labirynt, przez który pilot przeprowadzał ich kapsułę.
— Dobrze znów pana widzieć, admirale — rzekł, kiedy tylko wyplątali się z najgęstszej sieci kolorowych linii. — Co się dzieje?
Na szczęście w głosie pilota dał się słyszeć wyraźnie oficjalny ton. Po prostu towarzysz broni, nie żaden Stary Przyjaciel ani tym bardziej Dawny Ukochany. Spróbował uniku.
— Dowiesz się, gdy będzie trzeba. — Starał się mówić przyjaźnie, nie używając imienia ani stopnia.
Pilot wydał z siebie zaintrygowane „Hm”, a potem uśmiechnął się nieznacznie, najwyraźniej zadowolony.
Miles rozparł się w fotelu z twarzą stężałą w uśmiechu. Wielka stacja transferowa zmalała, przypominając dziecinną zabawkę, a po chwili było widać już tylko błyski świateł.
— Przepraszam, jestem trochę zmęczony. — Wtulił się głębiej w oparcie i zamknął oczy. — Obudź mnie w doku, gdybym zasnął.
— Tak jest — odrzekł z szacunkiem pilot. — Chyba przyda się panu drzemka.
