
Jedną chwileczkę – doktor Ojboli!
W moim zawodzie zdarza się czasem takie uczucie: dwie szare komórki zderząsię jak trzeba i po sekundzie masz już prawdziwy pożar mózgu.
Pamiętacie klienta, który się nie zjawił – tego, na którego czekałem cały dzień na rogu? Przypadkowa śmierć. Nie zadałem sobie trudu, by to sprawdzić – nie stać mnie na marnowanie czasu na klientów, którzy i tak nie zapłacą.
Wyglądało na to, że miałem trzy trupy. Nie jednego.
Sięgnąłem po telefon i zadzwoniłem na komisariat.
– Mówi Paluch – poinformowałem dyżurnego. – Połączcie mnie z sierżantem Robinem.
Usłyszałem trzask, a potem jego głos.
– Tu Robin.
– Mówi Paluch.
– Cześć, Tomciu. – Cały stary Robin. Już gdy byliśmy dziećmi naśmiewał się z mojego wzrostu. – W końcu doszedłeś do tego, że śmierć Dumptyego to wypadek?
– Nie, teraz prowadzę śledztwo w sprawie trzech śmierci. Tłuściocha, Berniego Melka i doktora Ojboli.
– Ojboli? Chirurga plastycznego? Zginął w wypadku.
– Jasne, a twoja matka była żoną twojego ojca.
Przez chwilę milczał.
– Paluch, jeśli dzwonisz tu żeby wygadywać świństwa, to daj sobie spokój. Jakoś mnie to nie bawi.
– W porządku, mądralo. Skoro śmierć Humptyego Dumpty'ego to wypadek, tak samo jak doktora Ojboli, powiedz mi jedno: kto zabił Elemelka?
Rzadko oskarżają mnie o zbyt wybujałą wyobraźnię, przysiągłbym jednak, że w tym momencie usłyszałem, jak uśmiechnął się z drugiej strony.
– Ty, Paluchu. Stawiam na to moją odznakę.
W słuchawce zapadła cisza.
