
Miał czekać.
Przetrwać z nią razem to jej zauroczenie z Torunia, akceptować to, że znika bez słowa pożegnania na całe weekendy i wróciwszy milczy przez pół tygodnia, zrywając się jak oszalała, gdy tylko zadzwoni telefon.
Nie poczekał na nią.
Nawet nie zauważyła, że się wycofywał. W milczeniu. Powoli. Gasła jego obecność. Jak świeca, która się wypala. Ponieważ palił się w jej życiu ogromny reflektor z Gdańska, nawet nie zauważyła tej świecy. Magda tylko raz skomentowała to, że Andrzej zniknął z jej życia:
Martyna, słuchaj, nie możesz faceta traktować jak numeru z kolejki po nerkę do przeszczepu. Musi i tak poczekać albo niech się dalej dializuje. On może nie byt zupełnie zdrowy, ale ty pomyliłaś organy On czekał raczej na przeszczep serca. Twojego. Poza tym oprócz serca on ma także prostatę.
Poza tym tęskniła. Wcale nie za intymnością czy fizycznością. Tej, oprócz miesięcy w Toruniu, i tak było mato. Bardziej za ceremoniałem bycia razem. Rozmowami, spojrzeniami, dyskretnym dotykiem i tym momentem, gdy w hotelu, w samochodzie na parkingu lub w trakcie spaceru w lesie przestawali nagle rozmawiać i zaczynali się całować i dotykać. Za napięciem takich chwil tęskniła najbardziej. Mniej za tym, co działo się potem.
Przez kilka tygodni wierzyła, że to wróci. On zadzwoni, ona da się przeprosić. I będzie jak dawniej. Dokładnie zaplanowała przebieg tej rozmowy. Zastanawiała się tylko, czy nie rozpłacze się, zanim on dojdzie do przeprosin.
Nie dzwonił. Ciągle zrywała się do telefonu i ciągle Magda powtarzała jej, że nawet pies Pawiowa przestałby się ślinić, gdyby po kilkudziesięciu dzwonkach nie dostał miski z żarciem. Martyna, weź ty go spuść wreszcie po brzytwie!
Wróciła do pamiętnika. Blog pozostał rozmową ze światem, ale nigdy o nim. O nim pisała dla siebie.
Zawsze, gdy telefon nie dzwoni, wiem, że to Ty…
