Przedtem — otóż właśnie. Gdzie byłam — byłom!? — przedtem? Skąd się wzięłam? Uspokajająca, najprostsza myśl głosiła, żem nie całkiem zdrowa, że powracam z choroby jak z egzotycznej, pełnej dziwacznych przygód, podróży, że jako subtelna dziewica, zaiste książkowa i romansowa, jako dystraktka, dziwaczka, nazbyt delikatna dla tego brutalnego padołu, doznałam majaczliwych nawiedzeń, może roiłam sobie w histerycznej gorączce pochód przez metalowe piekła, niewątpliwie na łóżku z baldachimem, w koronkami obszytej pościeli, byłoby mi z mózgową gorączką dość nawet do twarzy w blasku świecy, rozwidniającej alkowę na tyle, bym. w ocknięciu, nie przelękła się znów czegoś i w postaciach pochylonych nade mną rozpoznała niezwłocznie kochających opiekunów: cóż za miłe kłamstwo! Miewałam zwidy, nieprawdaż? I one. wtopiwszy się w czysty nurt mej jedynej pamięci, rozszczepiły ja na dwoje. Rozszczepiona…? Bo pytając, słyszałam w sobie chór odpowiedzi, gotowych, czekających: Duenna. Tlenix. Angelitanka. A to co znowu? Miałam te wszystkie zwroty gotowe, były mi dane i każdemu odpowiadały nawet obrazy, gdybyż tylko jeden ich łańcuch! One współistniały jednak tak. jak współistnieją korzenie rozchodzące się drzewa i teraz ja. z konieczności jedna, naturalnie jedyna, miałażbym kiedyś być wielością rozgałęzień, co się we mnie zlały, jak zlewają się strumienie w nurt rzeczny? Ale to przecież nie może być. rzekłam sobie. Nie może być. Tego byłam pewna. I ujrzałam mój los dotychczasowy tak rozdzielony: do progu pałacowej sali zdawał się składać z różnolitych wątków, a od progu był już jedyny. Obrazy pierwszej części mego losu były przebiegami równoległymi i nawzajem kłam sobie zadawały. Duenna: wieża, ciemne granitowe głazy, zwodzony most, krzyki w nocy, krew na miedzianym półmisku, rycerze o wyglądzie rzeźników, topory zrudziałe halabard i moja blada twarzyczka w owalnym półślepym lustrze między ramą okna mętnego błonnego a wezgłowiem rzeźbionym — stamtąd przyszłam?



15 из 50