
Rozrzucone korzenie mych przeszłości nie zdradzały mi niczego istotnego, lustracja stawała się przesypywaniem barwnych obrazów, jako Duenna północy, Angelita skwarów, Mignonne, byłam każdym razem inną osobą o innym nazwisku, stanie, rodzie, spod innego nieba, nic tu nie miało prymatu — krajobraz południa wracał do moich oczu jakby wysilony przesłodzeniem kontrastów, kolorem co naciągał lazurami zbyt ostentacyjnymi, gdyby nie te psy sparszywiałe. dzieci półślepe o zaropiałych powiekach i wydętych brzuszkach, bez wydania głosu konające na spiczastych kolanach zakwefionych matek, byłoby mi to palmowe wybrzeże nadto gładkie, śliskie jak kłamstwo. A północ Duenny, z jej wieżami w śniegowych czapach, niebo skotłowane buro. zimy z krętymi postaciami śniegu wymyślonymi przez wiatr, co pełzły do fosy po blankach i przyporach, wstępowały od przyciesi zamkowych swymi białymi jęzorami po głazie i łańcuchy mostu zwodzonego jakby spłakane żółto, a to tylko rdza zabarwiała sople ogniw, w lecie zaś wodę fosy pokrywała kożuchem pleśń: tak dobrze i to wszystko pamiętałam!
Lecz i mój trzeci byt; ogrody, wielkie, chłodne, strzyżone, ogrodników z nożycami, sfory chartów i doga arlekina. który leżał na stopniach tronu — znudzona rzeźba w nieomylnej gracji bezwładu poruszanego oddechem żeber — a w jego żółtawych, obojętnych oczach połyskiwały, można było myśleć, zmniejszone kształty kataryj albo niekrotek. I te słowa, niekrotki, katarie, nie wiedziałam teraz, co znaczyły, ale musiałam chyba kiedyś wiedzieć, kiedy tak wgłębiałam się w tę zapamiętaną do smaku źdźbeł gryzionych przeszłość, czułam, że nie powinnam tak wracać ani do trzewiczków.
