
— O co chodzi? — Gregor spojrzał pytająco na maszynę.
— Tego się bałem — powiedział Arnold.
— Czego? Przecież nie zamawialiśmy do tej pory krabów. — Nie. Ale żądaliśmy raków. Obawiam się, że konfigurator podejmuje decyzje zależnie od klas i gatunków. — No to trzeba otworzyć kilka puszek.
Arnold uśmiechnął się niewyraźnie.
— Gdy już kupiłem konfigurator, sądziłem, że nie będziemy musieli…
— Nie ma konserw? — Nie.
Powrócili do maszyny i zażądali łososia, tuńczyka i węgorza — bez rezultatu. Następnie spróbowali pieczonej wieprzowiny, baraniny i cielęciny. Nic.
— Boję się, że nasz konfigurator uważa rostbef za reprezentatywny dla wszystkich ssaków — powiedział Arnold.
— To ciekawe. Będziemy mogli tu rozwinąć całą nową teorię gatunków…
— Umierając z głodu — przerwał Gregor. Spróbował zamówić pieczoną kurę — i tym razem konfigurator wykonał polecenie natychmiast.
— Eureka! — wykrzyknął Arnold.
— Do diabła! — zaklął Gregor. — Powinienem był zażądać indyka, dużego indyka.
Deszcz padał dalej i woda ściekała po wielokolorowej rufie statku. Arnold usiadł w kącie i długo coś kombinował. Gregor dopił sherry, spróbował bez powodzenia zamówić butelkę szkockiej whisky i począł rozkładać pasjansa. Podczas tego zajęcia najlepiej mu się myślało.
Na kolację zjedli resztki kury, a następnie Arnold dokończył swe rachunki.
— Tak, z tego coś może być — powiedział wreszcie.
— Z czego?
— Zasada przyjemności i nudy.
Arnold wstał i począł się przechadzać po kabinie tam i na powrót.
— Ta maszyna ma quasi-ludzkie cechy. Niewątpliwie potrafi się uczyć. Sądzę, że potrafimy ją nauczyć doznawania przyjemności z produkowania tego samego przedmiotu wielokrotnie. A mianowicie części do mechanizmu automatycznego sterowania.
