
Wstałem, zataczając się lekko pod wpływem nagłego zawrotu głowy, który przeszedł równie szybko, jak się pojawił, i przyjrzałem się swemu ciału. Było mniejsze, lżejsze i szczuplejsze od tego, do którego byłem przyzwyczajony, ale było niewątpliwie ciałem mężczyzny pochodzącego ze światów cywilizowanych. To, co różniło je tak bardzo od mojego własnego, a czego w pierwszej chwili nie dostrzegłem, to, że tak się wyrażę, jego nie skażona nowość i świeżość. Było ono jeszcze nie w pełni rozwinięte; nie miało nawet włosów łonowych. Jednym słowem, ciało kogoś bardzo młodego. To nie było moje ciało. Nie wiem, jak długo stałem tam ogłuszony moim odkryciem.
Przecież to nie ja! — zawył mój umysł. — Jestem jednym z nich, jednym z tych sobowtórów!
Usiadłem na pryczy, powtarzając sobie, że to niemożliwe Wiedziałem przecież, kim jestem, pamiętałem wszystko każdy szczegół ze swego życia i pracy.
Po jakimś czasie szok ustąpił miejsca wściekłości i frustracji. Byłem kopią, imitacją kogoś, kto wciąż żyje i działa, i kto, być może, obserwuje mój każdy ruch i zna każdą mą (myśl. Nienawidziłem wtedy tego drugiego, nienawidzi m go z patologiczną siłą, nie mającą nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Siedzi tam sobie wygodnie i bezpiecznie obserwuje moją pracę, obserwuje sobie to wszystko, a kiedy to się skończy, wróci do domu, by złożyć sprawozdanie, wróci do tego przyjemnego życia, podczas gdy ja…
Zamierzali rzucić mnie na któryś ze światów Rombu Wardena, zatrzasnąć w pułapce jak jakiegoś superkryminaliste, uwięzić mnie tam na resztę mojego żywota, przynajmniej na resztę żywota tego ciała. A co potem? Kiedy zadanie zostanie już wykonane? Pomyślałem o tym, tuż po przebudzeniu, sam wydałem na siebie wyrok. A tyle wiedziałem! Naturalnie, będę poddany ciągłej obserwacji. I zabiją mnię, jeśli wydam którąś z tych tajemnic. Zabiją mnie i tak po zakończeniu misji, choćby ze względów bezpieczeństwa.
