
— Z godzinkę postoimy — rześko oznajmił Andrzej. — Chodźmy, zobaczymy, kto tam stoi z przodu.
Z tyłu podjechał jeszcze jeden samochód.
— Niech pan idzie sam — odparł Donald, odchylił się na siedzenie i nasunął kapelusz na twarz.
Andrzej też odchylił się do tyłu, poprawił pod sobą sprężynę i zapalił papierosa.
Z przodu rozładunek szedł pełną parą. Szczękały pokrywy kubłów, wysoki głos liczącego wykrzykiwał „…osiem… dziesięć…”, na słupie huśtała się przykryta płaskim metalowym talerzem tysiąc-watowa żarówka. Potem nagle kilka gardeł wrzasnęło: „Dokąd to, łachu? Do tyłu! Sam jesteś ślepy!… W mordę chcesz?…” Z prawej i z lewej strony piętrzyły się ubite śmieci, nocny wietrzyk niósł potworny smród zgnilizny.
Nagle nad jego uchem odezwał się znajomy głos:
— Się macie, gównowozy! Jak tam wielki Eksperyment?
To był Izia Katzman, w całej okazałości — roztargany, gruby, niechlujny i jak zawsze nieprzyjemnie zadowolony z życia.
— Słyszeliście? Jest projekt ostatecznego rozwiązania problemu przestępczości. Likwidacja policji! Zamiast niej będą po nocach wypuszczać na ulice wariatów. Bandyci i chuligani przestają istnieć — teraz tylko wariat odważy się wyjść nocą z domu!
— Kiepski pomysł — powiedział sucho Andrzej.
— Kiepski? — Izia wlazł na podnóżek i wsunął głowę do szoferki. — Przeciwnie! Znakomity! Żadnych dodatkowych kosztów. Rano rozmieszczeniem wariatów w ich mieszkaniach zajmują się dozorcy…
— Za co otrzymują dodatkową rację w postaci litra wódki — podchwycił Andrzej, co wywołało u Izi niepojęty zachwyt: zaczął chichotać, wydając dziwne gardłowe dźwięki; parskał i machał rękami w powietrzu.
