Dlatego Andrzej nie wygłosił swojego sądu o profesorach i ich przydatności do prawdziwej pracy. Poszedł po kubeł, potem wrócił do ciężarówki, zdjął rękawice i wyciągnął papierosy. Z pustego kubła śmierdziało niemiłosiernie, więc Andrzej czym prędzej sam zapalił, a dopiero potem zaproponował papierosa Donaldowi. Donald w milczeniu pokręcił głową. Trzeba było coś zrobić, żeby poprawić nastrój. Andrzej wrzucił spaloną zapałkę do kubła i zaczął mówić:

— Żyli sobie w pewnym miasteczku dwaj asenizatorzy, ojciec i syn. Nie było tam kanalizacji, tylko doły z wiadomo czym. I oni to wiadomo co wybierali wiadrem i przelewali do swojej beczki. Ojciec, jako bardziej doświadczony specjalista, schodził na dół, a syn podawał mu z góry wiadro. I pewnego razu syn nie utrzymał wiadra i całą zawartość wylał na ojca. No, ojciec wytarł się, popatrzył na niego z dołu do góry i powiedział z goryczą: „Sieroto ty, boża ofermo! Rozumu za grosz! W ten sposób przez całe życie będziesz na górze sterczał!”

Andrzej oczekiwał, że Donald przynajmniej się uśmiechnie. Donald był zwykle człowiekiem wesołym, towarzyskim, nigdy nie chodził z nosem na kwintę. Było w nim coś z wiecznego studenta. Ale teraz tylko zakaszlał i głucho powiedział:

— I tak nie da rady oczyścić wszystkich dołów.

A Wan, który cały czas krzątał się przy kuble, zareagował jeszcze dziwniej — nagle zapytał z zainteresowaniem:

— A po ile ono u was jest?

— Co po ile? — nie zrozumiał Andrzej.

— Gówno. Drogie?

Andrzej zaśmiał się z niedowierzaniem.

— Jak by ci to powiedzieć… Zależy czyje…

— To macie różne? — zdziwił się Wan. — A u nas wszystkie jednakowe. A czyje jest najdroższe?

— Profesorskie — odpowiedział natychmiast Andrzej. Po prostu nie mógł się powstrzymać.

— Aaa!…

— Wan wsypał do kubła kolejną szufelkę śmieci i pokiwał głową. — Jasne. U nas na wsi nie było profesorów i dlatego cena była jednakowa — pięć juanów za wiadro. To w Syczuanie, a w Czangszi, na przykład, ceny dochodziły do siedmiu, a nawet ośmiu juanów.



3 из 384