Donald Cooper, wysoki, przygarbiony, w wyblakłym kombinezonie, o pociągłej twarzy, ze zmarszczkami w kącikach ust i ostrym podbródkiem porośniętym rzadką siwą szczeciną; Wan, szeroki, krępy, prawie bez szyi, w starym, starannie połatanym waciaku, z szeroką ziemistą twarzą, zadartym nosem, życzliwym uśmiechem i ciemnymi oczami w szparkach spuchniętych powiek… Andrzej poczuł nagle mocną radość, że ci wszyscy ludzie z różnych krajów, a nawet z różnych czasów, zebrali się tutaj i służą, każdy na swoim posterunku, jednej, bardzo ważnej sprawie.

— Teraz to już staruszek — kończył Kensi. — I właśnie on twierdzi, że najlepsze kobiety, jakie kiedykolwiek znał, to Rosjanki, emigrantki w Harbinie.

Zamilkł, wyrzucił niedopałek i starannie roztarł go podeszwą lśniącego kamasza. Odezwał się Andrzej:

— Jaka tam z niej Rosjanka. Selma, w dodatku Nagel.

— Taa, to Szwedka — przyznał Kensi. — Nie ma znaczenia. To była opowieść o skojarzeniach.

— Dobra, jedziemy! — Donald wsiadał już do kabiny.

— Posłuchaj, Kensi — powiedział Andrzej, kładąc rękę na drzwiczkach. — Kim byłeś wcześniej?

— Kontrolerem w odlewni, a przedtem ministrem komunalnego…

— Nie, nie tutaj, tam…

— Aaaa, tam? Tam pracowałem w wydawnictwie „Hajakawa”.

Donald włączył silnik. Stara ciężarówka zatrzęsła się i zazgrzytała, wypuszczając gęste kłęby niebieskawego dymu.

— Nie pali się wam prawe światło pozycyjne! — krzyknął Kensi.

— Nigdy się nie paliło — odezwał się Andrzej.

— No to zróbcie z nim coś! Jak jeszcze raz zobaczę, wlepię wam mandat!

— Też coś…

— Co? Nie słyszę!

— Bandytów, mówię, łap, a nie kierowców! — ryknął Andrzej, próbując przekrzyczeć zgrzyty i brzęki. — Co się świateł pozycyjnych czepiasz! Kiedy was wreszcie rozgonią, darmozjady!

— Niedługo! — krzyknął Kensi. — Teraz to już szybko pójdzie, nie minie nawet sto lat!



7 из 384