
— Teraz to już staruszek — kończył Kensi. — I właśnie on twierdzi, że najlepsze kobiety, jakie kiedykolwiek znał, to Rosjanki, emigrantki w Harbinie.
Zamilkł, wyrzucił niedopałek i starannie roztarł go podeszwą lśniącego kamasza. Odezwał się Andrzej:
— Jaka tam z niej Rosjanka. Selma, w dodatku Nagel.
— Taa, to Szwedka — przyznał Kensi. — Nie ma znaczenia. To była opowieść o skojarzeniach.
— Dobra, jedziemy! — Donald wsiadał już do kabiny.
— Posłuchaj, Kensi — powiedział Andrzej, kładąc rękę na drzwiczkach. — Kim byłeś wcześniej?
— Kontrolerem w odlewni, a przedtem ministrem komunalnego…
— Nie, nie tutaj, tam…
— Aaaa, tam? Tam pracowałem w wydawnictwie „Hajakawa”.
Donald włączył silnik. Stara ciężarówka zatrzęsła się i zazgrzytała, wypuszczając gęste kłęby niebieskawego dymu.
— Nie pali się wam prawe światło pozycyjne! — krzyknął Kensi.
— Nigdy się nie paliło — odezwał się Andrzej.
— No to zróbcie z nim coś! Jak jeszcze raz zobaczę, wlepię wam mandat!
— Też coś…
— Co? Nie słyszę!
— Bandytów, mówię, łap, a nie kierowców! — ryknął Andrzej, próbując przekrzyczeć zgrzyty i brzęki. — Co się świateł pozycyjnych czepiasz! Kiedy was wreszcie rozgonią, darmozjady!
— Niedługo! — krzyknął Kensi. — Teraz to już szybko pójdzie, nie minie nawet sto lat!
