
— Słowo daję, nic nie rozumiem. Przecież niby wszystko jest w porządku…
— Dlatego właśnie panu zazdroszczę — twardo powiedział Donald. — I nie mówmy już o tym. Niech pan nie zwraca uwagi.
— Jak to mam nie zwracać uwagi? — Andrzej był wyraźnie przybity. — Jak ja mogę nie zwracać uwagi? My tutaj razem, ja, pan, chłopaki… Jasne, że przyjaźń to wielkie słowo, zbyt wielkie… No, po prostu kumple… Powiedziałbym, że jakby coś… Przecież nikt nie odmówi pomocy! No, niech pan sam powie: gdyby się ze mną coś stało i poprosiłbym pana o pomoc, odmówiłby mi pan? Przecież by pan nie odmówił, prawda?
Prawa ręka Donalda oderwała się od drążka i leciutko poklepała Andrzeja po ramieniu. Andrzej zamilkł. Przepełniało go zadowolenie. Znowu wszystko było dobrze. Donald okazał się w porządku. Po prostu zwykła chandra. Może człowiek mieć chandrę? Ambicja się w nim odezwała. Było nie było profesor, a tu kubły ze śmieciami. A przedtem pracował jako magazynier. Jasne, że to dla niego nieprzyjemne i przykre, tym bardziej że nie ma się komu pożalić — sam chciał tu być, to i skarżyć się nie wypada. To się tylko tak łatwo mówi — rób dobrze swoją robotę, jakakolwiek by ona była… No i dobra. Dosyć tego gadania. Donald sobie poradzi.
Ciężarówka jechała już po diabatowej nawierzchni, śliskiej od osiadającej mgły.
Domy po obu stronach jezdni były tutaj niższe, starsze, a ciągnące się wzdłuż ulicy latarnie stały rzadziej i świeciły słabiej. Przed nimi ich światła zlewały się w zamgloną, niewyraźną plamę. Na ulicy i chodnikach nie było żywego ducha, nawet dozorców. Tylko na rogu zaułka Siedemnastego, przed niskim, starym hotelem, znanym pod nazwą „Zapluskwiona woliera”, stał wóz zaprzęgnięty w zmęczonego konia. Na wozie spał jakiś człowiek, zakutany w brezent po same uszy. Była czwarta w nocy — godzina najgłębszego snu. W żadnym oknie nie paliło się światło.
Z bramy po lewej stronie wyjechała ciężarówka.
