
— I sarninę żrą — wtrącił ponuro Zdzieblarz. - A my cośmy jedli? Świstaka! A świstak, pytam, co jest? Szczur, nic innego. To co my jedli? Szczura!
— Nic to — rzekł Niszczuka. - Niedługo smoczego ogona popróbujemy. Nie ma to jak smoczy ogon, pieczony na węglach.
— Yennefer — ciągnął Boholt — jest paskudna, złośliwa i pyskata baba. Nie to, co twoje dziewuszki, panie Borch. Te ciche są i miłe, o, popatrzcie, siadły koło koni, szable ostrzą, a przechodziłem obok, zagadnąłem dowcipnie, uśmiechnęły się, wyszczerzyły ząbki. Tak, im rad jestem, nie to, co Yennefer, — ta knuje a knuje. Mówię wam, trzeba uważać, bo łajno będzie z naszej umowy.
— Jakiej umowy, Boholt?
— Co, Yarpen, powiemy wiedźminowi?
— Nie widzę przeciwwskazań — rzekł krasnolud.
— Gorzałki już nie ma — wtrącił Zdzieblarz, obracając gąsiorek dnem do góry.
— To przynieś. Najmłodszy jesteś, proszę waszmości. A umowę, Geralt, to my umyśliliśmy, bo my nie jesteśmy najemnicy ani żadne tam płatne pachołki, i nie będzie nas Niedamir na smoka posyłał, rzucając parę sztuk złota pod nogi. Prawda jest taka, że my poradzimy sobie ze smokiem bez Niedamira, a Niedamir bez nas sobie nie poradzi. A z tego jasno wynika, kto wart więcej i czyja dola większa być powinna. I postawiliśmy sprawę uczciwie — ci, którzy w ręczny bój pójdą i smoka położą, biorą połowę skarbca. Niedamir, z racji na urodzenie i tytuł, bierze ćwierć, tak czy inaczej. A reszta, o ile będzie pomagać, podzieli pozostałą ćwierć między siebie, po równo. Co o tym myślisz?
