
Poszła do kuchni i podniosła słuchawkę telefonu. Nawet jako dziecko często zwracała się do Veroniki i Charlesa po imieniu, a ostatnio właściwie przestała do nich mówić „mamo” i „tato”. Podejrzewała jednak, że to ich martwiło i raniło.
Veronica odebrała telefon po pierwszym sygnale.
– Cześć, mamo. Jestem tu, cała i zdrowa. Na drogach nie było tłoku.
– Gdzie tu?
– W domu w Georgetown.
Veronica chciała, aby Patricia zatrzymała się w hotelu do czasu nadejścia mebli. Nie dając jej szansy na jakikolwiek protest, Pat dodała szybko:
– Tak jest dużo lepiej. Będę mogła zostawić swoje rzeczy w bibliotece i spokojnie się zastanowić przed czekającym mnie jutro wywiadem z senator Jennings.
– Nie jesteś zdenerwowana?
– Ani trochę. – Wyobraziła sobie szczupłą, zatroskaną twarz Veroniki. – Zapomnij o tym i przygotuj się do wyprawy. Czy już jesteście spakowani?
– Oczywiście, Pat, ale nie podoba mi się to, że samotnie spędzisz święta.
– Będę tak zajęta przygotowaniem programu, że nie starczy mi czasu, żeby o tym myśleć. W każdym razie spędziliśmy razem cudowne dni przed Bożym Narodzeniem. Wiesz, chyba muszę wyjąć rzeczy z samochodu. Ucałowania dla was obojga. Wyobraź sobie, że przeżywasz drugi miesiąc miodowy, i pozwól Charlesowi znowu się w tobie zakochać.
– Pat! – Zdziwienie i rozbawienie mieszały się w głosie przybranej matki. Zdążyła jeszcze tylko dodać: – Zamykaj dobrze drzwi.
Pat włożyła kurtkę i odważyła się wyjść z domu. Wieczór był chłodny. Przez dziesięć minut wyjmowała bagaże z samochodu. Walizka z bielizną pościelową i kocami była ciężka i nieporęczna; Pat musiała odpoczywać co chwila w drodze na piętro. Zawsze, gdy próbowała nieść coś cięższego, czuła, że coś się dzieje z jej prawą nogą. Pudło z naczyniami i jedzeniem musiała postawić na blacie kuchennym. Faceci z firmy przewozowej powinni przyjechać jutro rano, pomyślała. Ale wiedziała, że nie leży zbytnio liczyć na solidność takich instytucji. Właśnie skończyła rozwieszać ubranie w szafie i zajęła się parzeniem kawy, kiedy zadzwonił telefon.
