
Ten cholerny wór – pomyślał – jest za ciasny.
W chwilę później wydało mu się, że nie jest sam. Worek był pełen roztrzaskanych, zmasakrowanych ciał. Ciał tych, co skakali z wysokości, tych, co się utopili i tych, co podcięli sobie żyły.
Pomyślał, że dusze tych zmarłych nienawidzą go, że wiedzą, że on jest oszustem. Te dusze chciały go tu zamknąć żywcem, na zawsze, zamknąć w tym ciasnym, gumowym worku. Poczuł, że – po raz pierwszy tego wieczora – ogarnia go prawdziwa panika. Spróbował się odprężyć, zastosować ćwiczenia oddechowe, których go nauczono, ale było za późno. Oblał go pot, oczy wypełniły mu się łzami. Wystawił głowę przez otwór w worku. Zacisnął pięści i zaczął nimi walić w grubą gumę. Wierzgał nogami. Usiłował nosem rozsunąć suwak. Pchnął go gwałtownie od środka. Suwak rozsunął się nieco i zaciął się.
Michael Hrubek zaczął krzyczeć.
Muzyka ucichła. Rozległy się głosy przerażonych ludzi. Karawan za-kołysał się jak samolot pod uderzeniami bocznego wiatru.
Hrubek spróbował usiąść, po czym opadł na plecy. Ponowił próbę, raz i drugi. Usiłował wyszarpnąć się z worka przez mały otwór. Mięśnie na szyi napięły mu się z wysiłku, oczy wyszły z orbit. Krzyczał i szlochał. Małe drzwiczki w przepierzeniu otworzyły się gwałtownie i w tylną część samochodu zaczęła się wpatrywać para szeroko otwartych oczu. Oszalały ze strachu Hrubek nie widział konwojenta ani nie słyszał jego histerycznych wrzasków.
– Zatrzymaj się! Zatrzymaj się, do cholery! – krzyczał konwojent do kierowcy.
Samochód zarzucił, zgrzytając kołami o kamienie, i zatrzymał się na poboczu. Wokół niego wzbił się tuman kurzu. Dwaj konwojenci w pastelowych zielonych kombinezonach wyskoczyli z szoferki i podbiegli do tylnej części samochodu. Jeden z nich otworzył gwałtownie drzwi. Nad głową Hrubeka zabłysło małe, żółte światełko. Hrubek przestraszył się i zaczął znowu krzyczeć.
– Cholera, on wcale nie jest martwy – powiedział młodszy z konwojentów.
