Co do tego nie było wątpliwości. Będzie się wyróżniał.

Wsłuchując się we własne myśli ruszyli przez zatłoczony rynek. Mort zwykle lubił wizyty w miasteczku, lubił jego kosmopolityczną atmosferę, dziwne dialekty wiosek oddalonych o pięć, czasem nawet dziesięć mil… Dzisiaj jednak czuł się dziwnie zalękniony… Jakby przypominał sobie coś, co się jeszcze nie wydarzyło.

Jarmark funkcjonował mniej więcej tak: ludzie szukający pracy stali w nierównych szeregach pośrodku placu. Wielu z nich nosiło na kapeluszach niewielkie symbole, obwieszczające światu, jakiego fachu się nauczyli — pasterze mieli strzępek wełny, woźnice wiązkę końskiego włosia, dekoratorzy wnętrz skrawek dość ciekawej heskiej tapety i tak dalej.

Chłopcy szukający mistrzów zebrali się po osiowej stronie rynku.

— Idź, stań tam i czekaj, aż ktoś przyjdzie i zaproponuje ci terminowanie — powiedział Lezek bez przekonania. — Znaczy, jeśli mu się spodobasz.

— A jak on to sprawdzi?

— No… — Lezek urwał. Tego akurat Hamesh nie wytłumaczył. Mężczyzna sięgnął do swej ograniczonej wiedzy o jarmarkach: obejmowała głównie targi bydła. Postanowił zgadywać: — Przypuszczam, że policzą ci zęby i tak dalej. Sprawdzą, czy nie masz kataru i nie kulejesz. Lepiej nie wspominaj o czytaniu, to ludzi niepokoi.

— A potem co? — spytał Mort.

— Potem będziesz się uczył zawodu.

— A jakiego zawodu konkretnie?

— No… Stolarstwo jest całkiem niezłe — stwierdził Lezek. — Albo złodziejstwo. Ktoś musi to robić.

Mort spojrzał na swoje stopy. Był posłusznym synem, jeśli tylko o tym pamiętał. A skoro ojciec wymagał, żeby został czyimś terminatorem, postanowił być dobrym terminatorem. Co prawda stolarstwo nie zapowiadało się zbyt obiecująco: drewno żyło własnym, upartym życiem i miało skłonności do pękania. Oficjalni złodzieje rzadko trafiali w Ramtopy, gdzie ludzie nie byli dość bogaci, żeby sobie na nich pozwolić.



6 из 217